SUDETY
Strona główna » Stałe rubryki » Sudeckie legendy użytkownik: gość
Towarzystwo Dolnośląskie SUDETY
  Statut
  Kontakt
Redakcja
  Prenumerata i sprzedaż
  Reklama w SUDETACH
  Wydawca
  Kontakt
Bibliografia zawartości
Aktualny numer
  Pieniądz zastępczy sudeckich uzdrowisk
  Wałbrzyski ołtarz ks. Paula Peikerta
  Podślężańskie serpentynity
Stałe rubryki
  Ratusze sudeckie
  Sudeckie legendy
  Na starej pocztówce
  Nasz tomik poetycki
  Sudeckie rezydencje
  Zamki sudeckie
  Z geomorfologii Sudetów
  Śladami dawnego osadnictwa w Sudetach
Mapa serwisu
  Linki

Sudeckie legendy

 

O złotym drzewie z Jagniątkowa

Przez wiele wieków opowiadano w Karkonoszach o wielkim, złotym drzewie rosnącym gdzieś wysoko w górach. Poszukiwało go wielu śmiałków, nikomu jednak nie udało się znaleźć. Pewnego razu w drzewo to uderzył piorun i rozbił je w drobny pył, który osiadł w karkonoskich potokach. W skałach natomiast pozostał pień, od którego rozchodziły się złote korzenie.

Kiedy mieszkańcy Karkonoszy zorientowali się, że tutejsze rzeki i potoki zawierają złoty piasek, zajęli się jego wypłukiwaniem, zaprzestając poszukiwania legendarnego drzewa. Płukali tak intensywnie, że w końcu wypłukali całe złoto.

Mieszkał jednak w górach biedny chłop, który nigdy nie przestał poszukiwać złotego drzewa. Jego trud został nagrodzony, odkopał w Kotle Jagniątkowskim jeden ze złotych korzeni, tak gruby jak wał koła młyńskiego. Radość chłopa była wielka, ale krótka, ponieważ sam nie był w stanie wydobyć całej żyły złota. Zgodnie z prawem wszystko, co było pod ziemią, należało do właściciela ziemi, czyli hrabiego Schaffgotscha z Sobieszowa. Udał się więc chłop do niego. Dziedzica, który akurat narobił długów karcianych, ucieszyła opowieść poddanego. Przystał więc na jego propozycję, że wskaże, gdzie znalazł złoto, ale pod warunkiem powierzenia mu kierownictwa robót i zapewnienia odpowiedniego udziału w zyskach.

Kiedy przybyli na miejsce i oczom wszystkich ukazał się wielki pień złotego drzewa, dziedzicowi aż dech zaparło. Pomyślał, że będzie najbogatszym człowiekiem w państwie, a z chłopem nie miał zamiaru się dzielić. Swoim sługom kazał go nawet pobić i wypędzić. Wykopanie złota powierzył pan swemu zaufanemu słudze, a sam wrócił do pałacu. Kiedy rano postanowił wybrać się z robotnikami na miejsce odkrycia, aby odkopać korzeń, nie mogli go odnaleźć. Przez tydzień bezskutecznie krążyli po lesie, gubili ścieżki, ale niczego nie znaleźli - korzeń zniknął.

Zniknął za sprawą oszukanego chłopa, który zaklął i zaczarował miejsce, w którym znajdował się złoty korzeń. Być może dlatego nikt już później nie mógł go odnaleźć. Do dziś więc w Czarnym Kotle złoty korzeń czeka na swojego odkrywcę.

Jacek Pławski
na podstawie: I. Łaborewicz, Legendy i podania Jeleniej Góry, Jelenia Góra 2002, s. 105-108.

O krześle księżniczki w Sokolich Górach

Na jednym ze szczytów Sokolich Gór, w okolicach wsi Karpniki, stał w średniowieczu zamek, o którym krążyło wiele fantastycznych opowieści. Jedna z nich mówi o tym, że pewien młodzieniec pasał swoje owce zawsze w tym samym miejscu nad Bobrem, właśie u podnóża Sokolich Gór. Pewnego dnia szukał zagubionej wśród drzew owcy, gdy nagle zauważył siedzącą na skalnym występie młodą, prześliczną dziewczynę o długich złocistych włosach, która z niezmąconym spokojem oddawała się przędzeniu. Zachwycony jej urodą młodzian stanął oniemiały. Nagle dzwon na wieży karpnickiego kościoła wybił południe i w tej samej chwili dziewczęca postać znikła...

Młody pasterz powracał przez kolejne dni w to samo miejsce, by oglądać cudowną zjawę. A ona wciąż milczała. 24 czerwca, w dzień św. Jana, gdy o zwykłej porze pasterz przyszedł w ulubione od jakiegoś czasu miejsce, dziewczyna znienacka odezwała się:
- Posłuchaj, młodzieńcze, mojej historii. Dawno temu byłam panią pobliskiego zamku, nazywanego Sokolą Skałą. Wielu rycerzy ubiegało się o moje względy, ale ponieważ w moich żyłach płynęła królewska krew Piastów, postanowiłam oddać rękę jedynie równemu mi księciu. Pewnego razu usłyszał o mnie dumny kniaź ze wschodu i przybył tu, aby pojąć mnie za żonę. Jednak moja duma odrzuciła i jego miłość. Zostałam za to okrutnie ukarana. Odtrącony zalotnik wszedł w konszachty z czarnoksiężnikami, którzy zniszczyli mój piękny zamek, a mnie uwięzili w jego przepastnych lochach. Jedynie wiosną mogę wyjść na świat. Możesz uwolnić mnie od okrutnej kary. Wejdź tylko bez bojaźni w ciemną furtę, do której prowadzi ta wąska ścieżyna, a moja miłość i wielkie bogactwa będą twoją nagrodą.

Pasterz bez namysłu rzucił się we wskazanym kierunku, gdy wtem coś błysnęło mu pod stopami. Był to przepysznej roboty sztylet. Podniósł go i śmiało przekroczył ciemną furtę. W tej samej chwili jakby się piekło otwarło. Ziemia zadrżała pod stopami młodzieńca, sklepienie lochów zdało się walić na jego głowę, a ze wszystkich stron drogę tarasowały mu straszne paszcze potworów o kłach ociekających krwią. Na ten widok zamarło serce młodego pasterza i opuściła go odwaga.
- Nie mogę cię uratować, księżniczko! - zawołał ze straszliwym smutkiem w głosie.
W tej samej chwili znikły wszystkie straszydła i potwory, natomiast ukazała się księżniczka, po której twarzy spływała wielka łza.
- Moja ty dolo nieszczęsna... - rzekła z wielkim żalem w głosie - nie ujrzysz mnie ty już nigdy, ani nikt ze śmiertelnych.
Wszystko nagle znikło, a smutny pasterz wrócił do wsi. Odtąd uśmiech nigdy już nie zagościł na jego twarzy. Rok później, w dzień św. Jana, znaleziono go martwego u stóp góry, pod którą ukazywała mu się złotowłosa księżniczka.

Jacek Pławski
na podstawie A. Kwaśniewski, Podania dolnośląskie, Wrocław 1999, s. 132-133.

O krwawych godach weselnych

Na zamku Podskale koło Lwówka Śl. mieszkał niegdyś okrutny rycerz Bernard von Talkenberg. W zamkowych lochach pełno było ofiar jego okrucieństw. Talkenberg napadał nie tylko na kupców podążających pobliskim traktem handlowym. Mieszkańcy pobliskiej wsi Rząsiny narażeni byli na grabieże, pożary i mordy ze strony rycerza. Nadzieją dla nich była wróżba, głosząca, że "ogień, pełnia księżyca i dzwon na jutrznię będą zwiastunami zagłady zamku Podskale".

Wiosną 1476 r. kowal Adam Wiecha z Rząsin pojął za żonę piękną i posażną pannę z Gradówka, Dorotę Stelmach. Po ślubie młoda para z weselnym orszakiem udała się na ucztę do Rząsin. Droga wiodła leśnym wąwozem, w którym rozlegały się beztroskie rozmowy i śmiechy weselników, nie spodziewających się przecież niczego złego. Nagle, wydając dzikie okrzyki, wypadła zza kępy drzew grupa uzbrojonych mężczyzn z Talkenbergiem na czele. Obrabowano gości, a próbujących się bronić zabito. Piękną Dorotę zawleczono na zamek Podskale, spodziewając się otrzymać od jej rodziny bogaty okup. Pan młody uszedł z życiem i zwrócił się ze skargą na okrutnego pana do króla Macieja Korwina, panującego wówczas na Śląsku. Król przyjął skargę i rozkazał zorganizować wyprawę, zdobyć zamek, zrównać go z ziemią, a rozbójnika wziąć żywcem.

Nadszedł wieczór 1 maja 1476 r. Słońce już zaszło, a na niebie błyszczał księżyc w pełni. Nagle zapłonęły żołnierskie pochodnie i królewska wyprawa, wzmocniona lwóweckimi mieszczanami i kowarskimi górnikami, rozpoczęła szturm na zamek. Pierwsze uderzenie zostało odparte. Nagle w ciszy poranka rozległ się dźwięk dzwonu na jutrznię, co było sygnałem do kolejnego ataku. Kiedy i ten okazał się nieskuteczny, nagle powietrzem wstrząsnął olbrzymi huk, a ziemia zadrżała. To górnicy z Kowar wysadzili w powietrze wieżę bramną z częścią murów. Zbójecka warownia została zdobyta, a piękna Dorota uratowana przez jej męża. Zapanowała wielka radość, a z przepastnej piwniczki wytoczono beczki ze smakowitymi trunkami. Zdobywcy bawili się, jedli i pili do późnego wieczora, a okrutny Talkenberg wylądował w lochu. Wkrótce za popełnione zbrodnie został ścięty. A kowal Adam z piękną Dorotą żyli oczywiście długo i szczęśliwie.
Na pamiątkę zdobycia zamku pierwszego maja każdego roku, wcześnie rano na jutrznię, z wieży kościoła w Rząsinach dobiegał mieszkańców okolicy radosny dźwięk dzwonów.

Opr. i fot. Jacek Pławski
na podstawie: Jędrasiak Z., Olszewska E., Wiącek A., Lwóweckie legendy i opowieści, Lwówek Śl. 1995, s. 42-46.

Wyścig z diabłem

Dawno, dawno temu mieszkał w Słupcu człowiek nazwiskiem Zenker. Był biedny, bo źle mu się wiodło, ale sąsiedzi mówili, że to kara za bezbożność. Żył samotnie, aż w końcu miał dość swojego losu i wybrał się na Wilczą Górę, gdzie zaczął przywoływać diabła. Kiedy bies się zjawił, Zenker mu się poskarżył:
- Źle mi się wiedzie, ale ani ludzie, ani dobry Bóg nie chcą mi pomóc. Przyszedłem więc do ciebie z propozycją. Jeśli dasz mi tysiąc dukatów i zapewnisz pięć lat dostatniego życia, zapiszę ci swoją duszę.
- Zgoda - odrzekł czart - spełnię twoje życzenie. A kiedy przyjdę za pięć lat, będziesz miał godzinę na przebycie drogi ze Słupca do kościoła w Wambierzycach. Jeśli nie uda ci się, dusza będzie moja.
Diabeł szyderczo się uśmiechnął, a następnie skaleczył lewe ramię Zenkera, umoczył we krwi gęsie pióro i wskazał mu miejsce na złożenie podpisu pod cyrografem. Wkrótce Zenker znalazł obiecany tysiąc dukatów i zaczął używać życia, co przychodziło mu niezwykle łatwo. Nadszedł jednak dzień, w którym musiał walczyć o swoją duszę. Diabeł zjawił się punktualnie, a Zenkera nagle ogarnął strach, kolana się pod nim ugięły i poczuł, że próbie nie podoła. Przypomniał sobie wtedy o rzeźbie Matki Boskiej, słynącej łaskami, stojącej w szklanej skrzynce na ołtarzu wambierzyckiego kościoła. Przysiągł teraz, że jeśli szczęśliwie i w umówionym czasie dotrze do celu, poprawi się, a z pozostałych pieniędzy pięknie wystroi wnętrze świątyni. Nagle cudowna figura uniosła się w powietrzu, a Zenker, odzyskawszy siły, puścił się pędem do Wambierzyc. W ostatnich sekundach mijającej godziny wstępował właśnie po schodach wambierzyckiej świątyni, a wtedy już diabelska władza nie mogła dosięgnąć Zenkera. Jeszcze tylko czart z bezsilności rzucił pod jego nogi porwany na strzępy cyrograf.
Od tego czasu Zenker stał się pobożnym człowiekiem, żył długo i uczynił wiele dobrego dla ludzi i Kościoła.

Jacek Pławski
na podstawie: Dziedzictwo kulturowe Dolnego Śląska, Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, Wrocław 1996, s. 116-118.

O żonie burmistrza Bolkowa

Młoda żona burmistrza Schülera wkrótce po połogu wybrała się do siostry we Wrocławiu. Ta nieopatrzna decyzja sprawiła, iż burmistrzowa zachorowała, aż w końcu ogarnęła ją pozorna śmierć. Zrozpaczony burmistrz, nie chcąc się tak szybko rozstawać z ukochaną, przetrzymywał jej ciało w ciepłym pokoju, wreszcie jednak włożono ją do trumny. Służba ubrała niewiastę w najładniejszą suknię, a dłonie i szyję ozdobiła naszyjnikiem, kolczykami i bransoletą.
Pogrzeb odbył się 18 marca 1533 r., ale gdy po raz ostatni przed złożeniem do grobu ciało żony burmistrza pokazano orszakowi pogrzebowemu, grabarz Phillipp Benedix obmyślił haniebny plan. Postanowił w nocy zrabować wszystkie kosztowności. Udał się więc o północy na cmentarz, odkopał trumnę i zszedł do dołu. Rzucił się chciwie na klejnoty i bez kłopotów zdjął kolczyki i naszyjnik. Kiedy jednak chciał odpiąć bransoletę, musiał gwałtowniej szarpnąć ciałem burmistrzowej. W tym momencie kobieta zbudziła się z letargu i chwyciła grabarza-złodzieja za rękę. Ten, przerażony, umknął do domu, pozostawiając w grobie łopatę i drabinę, dzięki którym kobieta wydostała się na zewnątrz i udała się prosto do swojego domu w Rynku. Stanęła pod drzwiami i zaczęła w nie pukać, wołając po imieniu swoją kucharkę. Ta poznała po głosie swoją panią, ale przerażona pobiegła po pana, który otworzył drzwi i zdumiony ujrzał stojącą przed nim "zmarłą" żonę. Po tym wydarzeniu żyła ona jeszcze kilka lat, ale cały czas miała już bladą cerę. Za uratowanie żony burmistrz nie wymierzył kary grabarzowi, który jednak zmuszony był opuścić miasto i udać się na wygnanie.

Jacek Pławski
na podstawie: Sadowski R. (opr.), Legendy ziemi bolkowskiej, Bolków 2000, s. 13 oraz Teichmann A., Chronik der Stadt Bolkenhain in Schlesien..., Bolkenhain [1879], s. 62-63.

O Czarnej Prababce

Właściciele zamku Grodziec mieli w zamku swojego rodzinnego ducha nazywanego Czarną Prababką - starą damę, ubraną w czarne szaty, z błyszczącym, srebrnym krzyżem na piersiach. Gdy duch spotkał złego człowieka, srebrzysty krzyż matowiał i tracił swój blask.
Widmo wiele razy służyło członkom rodu pomocą, ale o jednej szczególnej przysłudze oddanej przez owego dobrego ducha pamięć przetrwała przez wiele stuleci.
Jeden z panów zamku miał zamiar wydać swoją piękną córkę za możnego rycerza. Nie wiedział jednak, że jego przyszły zięć nie wzbogacił się w sposób uczciwy, ale był zwyczajnym rozbójnikiem, który grabił spokojnych ludzi. Wyznaczono już dzień wesela, nie bacząc na smutek dziewczyny, która od dawna kochała innego młodzieńca. Takie to były czasy...
Wtedy jednak w sprawę wmieszała się Czarna Prababka, która ostrzegła dziewczynę. W dzień wesela panna młoda uciekła z rodzinnego domu i potajemnie poślubiła swojego ukochanego. Długo jeszcze ludność pokazywała wyłom w cmentarnym murze, który Czarna Prababka wskazała dziewczynie jako drogę ucieczki. Na pamiątkę wydarzenia miejsce to nazywano Dziewczęcym Skokiem.
Wkrótce za sprawą Czarnej Prababki rycerz-rozbójnik został zdemaskowany. Okoliczni rycerze urządzili przeciw niemu wyprawę i zabili go w walce. Pan na Grodźcu przebaczył, oczywiście, córce ucieczkę, która uratowała ją od poślubienia rozbójnika. Od tego czasu wraz z ukochanym małżonkiem żyła na zamku długo i szczęśliwie, a Czarna Prababka podarowała młodej parze swój srebrzysty krzyż, dzięki któremu zawsze mogli poznać, z jakim człowiekiem mają do czynienia: z dobrym czy złym. Krzyż ten był w posiadaniu rodziny przez wiele pokoleń i zaginął dopiero podczas wojny trzydziestoletniej.

Jacek Pławski na podstawie: Kwaśniewski K., Podania dolnośląskie, Wrocław 1999, s. 221-222.

O ślubnej obrączce i myszce

Pewnego pięknego, słonecznego dnia 1656 r. Christoph Leopold hr. von Schaffgotsch zaprosił swoją młodą i oczywiście piękną żonę na jedno ze wzgórz we wsi Proszówka koło Gryfowa Śl. Z wierzchołka roztaczał się przepiękny widok na Karkonosze i Góry Izerskie, było wspaniale, więc zabawili tu nieco dłużej... Gdy młoda para postanowiła wrócić do pobliskiego zamku Gryf, hr. Christoph zauważył, że nie ma swojej ślubnej obrączki. Nie udało się jej odnaleźć. Szczególnie młoda hrabina była zasmucona stratą tak ważnego dla niej symbolu małżeństwa. Zmartwienie to pogłębiła później wiejska wróżbitka Joanna, która przepowiedziała, że jeśli obrączka się nie znajdzie, ród Schaffgotschów wkrótce wymrze.
Minął rok. Młoda para ponownie bawiła na górze, tym razem w licznym towarzystwie. Na trawie rozłożono wielki dywan, na którym zasiedli goście, aby uraczyć się jadłem i napitkiem. W pewnym momencie na dywanie zjawiła się mała myszka i popatrzyła na towarzystwo swoimi świdrującymi oczkami. Jeden ze służących złapał myszkę i już chciał ją zabić, gdy młoda hrabina powiedziała mu:
- Nie zabijaj jej. Pozwól jej odejść, a kto wie, czy nie przyniesie nam szczęścia.
Wypuszczona przez sługę myszka natychmiast znikła wśród wysokich traw. Zanim rozbawione towarzystwo skończyło biesiadę, myszka zjawiła się ponownie. I nie przyszła z pustymi rękami, a raczej z pustym pyszczkiem. Trzymała w nim bowiem zgubioną przed rokiem obrączkę, którą położyła przed zdumioną hrabiną. Myszka czmychnęła w trawę, a młodzi Schaffgotschowie stali jeszcze długą chwilę zdumieni, ale szczęśliwi, że nie spełni się tragiczna przepowiednia Joanny.
Na pamiątkę tego wydarzenia i z wdzięczności hr. Christoph wybudował na tym miejscu w 1657 r. kaplicę, którą poświęcił swojemu patronowi, św. Leopoldowi.

Jacek Pławski na podstawie: Olszewska E., Wiącek A., Legendy o Lwówku Śląskim i okolicach, Częstochowa 2000, s. 101-103.

Skarby zamku Homole

Zamek Homole, leżący między Lewinem Kłodzkim a Dusznikami, zamieszkiwał niegdyś możny pan nad wyraz miłujący swoją małżonkę. Ta jednak zakochana w młodym i pięknym rycerzu rozbójniku Hradyszu postanowiła pozbyć się męża. Gdy pewnego dnia pan zamku utrudzony przysnął w swojej zbrojowni, żona wbiła mu w serce sztylet. Jeszcze nie umilkła pieśń żałobna, a już odbył się huczny ślub. Hradysz nie pałał jednak wielką miłością do małżonki, poślubił ją tylko przez chciwość. Ponieważ miał dziewczynę, którą kochał naprawdę i z nią chciał się związać na całe życie, szybko zamordował żonę. Jej ciało pochowano obok pierwszego męża. Szybko rozeszła się wśród ludu wieść, że nie zaznała ona spokoju i jej zjawa błądzi po okolicznych wzgórzach i lasach, przybrana w białą szatę, z pękiem kluczy i sztyletem w rękach.
Po stu latach od tych tragicznych wydarzeń spotkał zjawę pewien młody drwal. Zjawa zaczęła go błagać, aby ulitował się nad jej losem i zdjął z niej czary. Tylko bowiem raz na sto lat przez siedem dni można było to zrobić, a termin upływał za dwa dni.
- Przyjdź jutro w to samo miejsce - powiedziała zjawa - a pojawię się tu jeszcze raz, ale w postaci ohydnej żmii z pękiem kluczy w pysku. Zabij wtedy gada i odbierz klucze, a będę wyzwolona.
Drwal następnego dnia przestraszył się jednak gada i uciekł. Dopiero sto lat później znalazł się śmiałek, który zabił żmiję i wyrwał jej klucze z pyska. Ciało gada rozsypało się w proch, z którego uleciał w niebo śnieżnobiały gołąb, czyli dusza nieszczęśliwej pokutnicy. Klucze otworzyły śmiałkowi drzwi do podziemi homolskiego zamku, gdzie odnalazł niezmierzone skarby. Do torby wrzucił tylko tyle, ile się zmieściło, a po resztę postanowił wrócić później. Zgubił jednak klucze i nigdy już nie odnalazł tego miejsca. Skarby czekają więc na swojego odkrywcę w podziemiach zamku Homole.

Jacek Pławski
na podstawie A. Kwaśniewski,
Podania dolnośląskie Wrocław1999, s. 83-84.

Szwedzki generał z Gór Sowich

Pewien szwedzki generał, który poległ podczas wojny trzydziestoletniej, został pochowany na Wielkiej Sowie. Ponieważ jednak za życia dopuścił się wielu zbrodniczych czynów, nie zaznał po śmierci spokoju. Za karę przez dwieście lat włóczyć się musiał po leśnych bezdrożach Gór Sowich.
Kto ducha spotkał, zwracał uwagę na buty. Kiedy bowiem miał na nogach buty czarne, nie zważał na przechodnia i można było minąć starego Szweda bez żadnych konsekwencji. Gorzej, gdy miał buty szklane. Oznaczało to, że jest zły, ma fatalny humor i może napotkanego wieśniaka mocno poturbować.
Mieszkańcy Gór Sowich opowiadali sobie, że olbrzymie skarby ukryte są w grobowcu generała. On sam chodzi w mundurze zdobnym w złocone naszywki, wstęgi i szczerozłote guziki, a u pasa nosi szczerozłotą szpadę wysadzaną diamentami i rubinami. Pewnego razu kilku górników z Nowej Rudy wybrało się na szczyt Wielkiej Sowy w poszukiwaniu skarbów generała. Bez trudu znaleźli grobowiec i już-już zabierali się do kopania, kiedy nagle z głębi ziemi dał się słyszeć przerażający, głuchy grzmot. Grobowiec powoli się otworzył, a z czeluści powstał generał ze szpadą w dłoni. Poszukiwacze skarbów uciekli w popłochu. Szczęśliwie dotarli do swoich domów, ale od tej pory nikt już nie próbował poszukiwać skarbów na Wielkiej Sowie i niepokoić generała.

Opr. R.M. Łuczyński na podstawie:
K. Pludo, Legendy Gór Sowich, Bielawa 2001, s. 46-47.

O założeniu Złotnik Lubańskich

Działo się to w połowie XVII w., wkrótce po zakończeniu wojny trzydziestoletniej. Pewnego dnia Christoph von Nostitz, właściciel zamku Czocha, zatrzymał się na nocleg w małej miejscowości położonej na wysokim, lewym brzegu Kwisy. Kiedy rano się obudził, przypomniał mu się sen, w którym po jego lewej ręce znajdowała się bryła czystego złota. Nakazał więc kopać w miejscu, w którym spał. Znaleziono złoto, a miejscowość otrzymała prawa miasta górniczego. Na pamiątkę proroczego snu miejsce to nazwano Goldentraum, czyli Złoty Sen, a dziś są to Złotniki Lubańskie.

jap




O powstaniu kopalni węgla

Pewnego razu wyruszył w góry mały pastuszek. Jego rodzice mieszkali w Wałbrzychu w ubogiej chałupce, a on, pomagając im, codziennie wychodził z niewielkim stadkiem owiec, aby je paść na porośniętych soczystą trawą górskich zboczach. Podczas gdy owce spokojnie skubały trawę, chłopiec myszkował po zaroślach, śledząc ptactwo i zwierzęta. Pewnego dnia, gdy uspokojony tym, że owce się nie rozbiegają i spokojnie skubią trawę, ruszył znów na wędrówkę po okolicy. I znalazł coś, czego na co dzień się nie znajduje - lisią norę. W jej wnętrzu i wokół niej leżało pełno dziwnych czarnych kamieni, dość lekkich, błyszczących i brudzących ręce. Chłopiec postanowił zabrać kilka do domu i pokazać rodzicom. Ale oni, utrudzeni codzienną robotą, nie okazali żadnego zainteresowania znaleziskiem.
- Wyrzuć te kamienie, bo mi izbę zaśmiecisz - burknęła na odczepnego matka.
Pastuszkowi nie chciało się wychodzić z izby, więc wrzucił je do ognia. Jakież było jego zdziwienie, gdy po chwili zauważył, że "kamienie" zaczęły płonąć.
Wieść o węglu, bo nim właśnie były owe kamienie, rozeszła się po okolicy szybko. Wielu ludzi nawet z dalszych stron wyruszyło po nie do lisiej jamy. Wkrótce na jej miejscu powstała pierwsza w tych stronach kopalnia węgla, długo jeszcze nazywana "Lisią Sztolnią".

Jacek Pławski na podstawie: Kwaśniewski K., Podania dolnośląskie, Wrocław 1999, s.124.


Biuletyn przygotowuje
zespół redakcyjny
Miesięcznika "SUDETY"
Kościuszki 51a, 50-011 Wrocław
tel. 71 342 20 57 w. 413, fax. 71 341 32 04
sudety@sudety.ig.pl
licznik: 0 odwiedzin