Obchody rocznicy lawiny z 8 lutego 2005 r. Zawsze w lutym, zawsze we wrześniu
W tym dniu zostawiają dzieci u babć, młode żony i narzeczone – nie, one nie chcą zostać same przed telewizorem, pewnie instynktownie czują, że w tej „akcji” muszą uczestniczyć razem ze swoimi chłopakami. Po zmroku ruszają do Samotni na rocznicowe spotkanie na cześć Daniela „Danona” Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. *** – Właśnie wyjeżdżałem z Wrocławia po skończonej sesji na uczelni, kiedy otrzymałem esemesa z powiadomieniem o akcji – wspomina dzień 8 lutego 2005 r. Bartek Podkański, ratownik GOPR. – W drodze do Jeleniej Góry słuchaliśmy w Muzycznym Radiu komunikatów o lawinie. Zanim dojechaliśmy, było po wszystkim. Nie zdążyłem. Nie wiedziałem, kto zginął. Kiedy w telewizyjnej migawce zobaczyłem długie włosy rozsypane na noszach, byłem pewien – to Mateusz Hryncewicz. To była ta jego „prawdziwa górska fryzura”, nowy image po przejściu z Jurajskiej do Karkonoskiej Grupy GOPR. Przemek Ćwiek pamięta, jak w drodze na lawinisko robili „listę obecności” – wyszło, że jadą ratować „Danona” i Mateusza.
– Kiedy wyjechałem na zakręt przed Samotnią, z którego widać wszystko jak na dłoni, grupka ludzi pracowała na lawinisku – wspomina Maciej Koziński, który przybył tam z jeszcze inną grupą i nie wiedział, kogo ma ratować. – Zobaczyłem miejsce obrywu lawiny oraz samo lawinisko. Powiedziałem do siebie, ale na głos, „ja p...”, i ruszyłem na dół przekonany, że jadę wykopać trupy. Później włączył mi się już automat: zostawić sprzęt w bezpiecznym miejscu, wejść na lawinisko, wykonywać polecenia kierownika. |
I tak zrobiłem. Wchodząc, dojrzałem, jak kogoś reanimuje lekarz z Horskiej, oraz zobaczyłem lądowanie drugiego helikoptera Czechów. Ale jednocześnie padło polecenie „kopać”, więc złapałem za łopatę i zacząłem działać w grupie, która odkopywała drugą ofiarę. Potem był amok szybkiego działania, bez zbędnego myślenia. Kopanie, sprawdzanie sygnału, kopanie, sprawdzanie sygnału, powoli zaczęły się wyłaniać elementy ubioru, narty. W międzyczasie, zgodnie z zasadami działania na lawinisku, mieliśmy razem z Łukaszem Ejsymontem chwilkę przerwy na górze otworu. |
Spojrzałem na niego – miał łzy w oczach. Nie pamiętam, czy go spytałem, czy nie, wiem jedno – on mi powiedział wyraźnie: „Odkopujemy Mateusza, a tam jest »Danon«”, i wskazał na reanimowanego, którego już przewozili do schroniska. Ciarki przeszły mi po plecach, ale „automat” we mnie wytrzymał do końca – po prostu robiłem swoje. Dokończyliśmy odkopywanie i wypełniając polecenia kierownika akcji, wyciągnęliśmy Mateusza na skuter, który podwiózł go do helikoptera i... odleciał. |
Helikopter z „Danonem” oderwał się od ziemi chwilę wcześniej. Zgodnie z zasadami przykucnąłem, kiedy odlatywał, a obok mnie kilka osób. Większość płakała, tylko starsi jako tako się trzymali. *** |
Lawina zeszła 8 lutego 2005 r. około godziny 11.30 w Żlebie Slalomowym Kotła Małego Stawu. Miała około 250 m długości i grubości ponad 8 m. Wypadek dostrzegli turyści z Samotni i powiadomili GOPR. Zlokalizowanie zasypanych ludzi było możliwe dzięki specjalnym nadajnikom, tzw. pipsom. |
Pierwszego, po mniej więcej 35 minutach, odkopano Daniela Ważyńskiego. Śmigłowiec odtransportował go do szpitala w Jeleniej Górze. Kilkadziesiąt minut później wydobyto Mateusza Hryncewicza. Czeskie „śmigło” zabrało go do Hradca Králové. Niestety, obaj poszkodowani byli tak bardzo wyziębieni, że lekarzom nie udało się ich uratować. To, że ofiarami lawiny okazali się ratownicy, wywołało najpierw konsternację. – Nie mam pojęcia, co oni tam robili – tę wypowiedź naczelnika Karkonoskiej Grupy GOPR cytowały prawie wszystkie media. Podobnie jak przypuszczenia innego ratownika co do przyczyny wypadku: „... śnieg został podcięty. Tylko w ten sposób przy pierwszym stopniu zagrożenia mogła zejść lawina”. „Zginęli na własne życzenie?” – pytał bezkompromisowo w tytule swojego artykułu Tomasz Ziemba z „Gazety Wyborczej”. Pytanie niebezzasadne. Daniel i Mateusz mieli co prawda służbę patrolową, ale przecież znaleźli się w miejscu, gdzie zimą turystów nie ma, na zamkniętym szlaku. Przyczyny tragedii badały specjalna komisja GOPR i prokuratura. Prokuratura postępowanie umorzyła, a komisja w swoim orzeczeniu napisała: „Czynnikiem inicjującym zejście głównej lawiny było zejście mniejszej lawiny z zachodnich stoków żlebu. Nie jest możliwe jednoznaczne stwierdzenie przyczyny zejścia lawiny inicjującej. Obryw lawiny wystąpił w odległości kilkudziesięciu metrów od przebywających w żlebie ratowników. Istnieje możliwość zejścia tej lawiny samoistnie, jak również zdalnego wywołania lawiny przez ratowników. Za zejściem samoistnym przemawia fakt pozostawania w miejscu ratowników w momencie jej oberwania, co sugeruje brak znacznych obciążeń na pokrywy śnieżnej. Za tezą tą świadczy również fakt, że tor jej spływu nie obejmował rejonu, w którym znajdowały się ofiary. Brak jest jednakże dowodów świadczących jednoznacznie przeciwko tezie o zdalnym wywołaniu lawiny”. Zatem „śmierć na własne życzenie” czy przypadek? Zgrzeszy ten, kto powie, że obaj nie kochali ryzyka. Ale w błędzie jest także ten, kto twierdzi, że szukali śmierci. Mateusz Hryncewicz, który przygotowywał pracę magisterską na temat dylematów moralnych w ratownictwie górskim i turystyki osób niepełnosprawnych, w pracy napisanej na drugim roku AWF w Zakładzie Etyki i Deontologii Medycznej, a była ona czymś w rodzaju przymiarki do przyszłego magisterium, cytował m.in. Reinholda Messnera: „A więc nie była to tęsknota za śmiercią, która mną kierowała. Moja gra nazywała się przetrwać!”. „Danon” i Mateusz we wspomnieniach przyjaciół to raczej nie straceńcy, ale królowie życia. Mateusz pełen energii – jak sam to nazywał: „mocy” – „uśmiechnięty dynamit” z „bananem” na twarzy. Pochłaniały go bez reszty coraz to nowe pasje: nurkowanie, fotografia, filmowanie. – „Danon” cieszył się życiem – wspomina przyjaciela Przemek Ćwiek – chciał z niego zrobić wielką przygodę, ale nie szukał śmierci. Miał normalne plany, jak my wszyscy, miał kobietę, z którą chciał się związać, i te swoje pasje – skialpinizm, penetracje sztolni i jaskiń. O jednym i o drugim mówi się też „wspaniali fachowcy”, choć „Danon” z racji wieku i doświadczenia ratowniczego przewyższał w tym względzie Mateusza. Na pogrzebach były mowy, nieskrywane już przez nikogo łzy. Jest droga wspinaczkowa Mateo, zdjęcie Mateusza wniesiono na jakiś szczyt w Ameryce Południowej, przed X LO we Wrocławiu, które ukończył, goprowcy posadzili przywiezionego z gór świerka. W Internecie przyjaciele Mateusza zawiesili strony pełne wspomnień [korzystałem z nich, przygotowując ten tekst, dziękuję autorom]. Mniej eksploatują to medium znajomi starszego o dziesięć lat „Danona”. Ciągle sprawiają wrażenie lekko sparaliżowanych tym doświadczeniem. Dla Przemka Ćwieka nie była to pierwsza widziana śmierć, pierwszy raz jednak jechał ratować, a w końcu żegnał, przyjaciela. Dopiero po kilku dniach uświadomił sobie naprawdę, co się stało, wymiar tej tragedii: – Bo trzeba wiedzieć, kim „Danon” dla nas był. To nie tylko wspaniały ratownik, ale i niesamowity człowiek – naładowany niesłychaną energią, niespokojny (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), zostawił ślad w każdym z nas, który gdzieś tam w środku siedzi i zostanie do końca życia. *** W trzecią rocznicę lawiny na spotkaniu w Samotni znowu stawiło się kilkanaście osób, tym razem zawiedli wrocławianie. „Banany” na twarzach (takie do zjedzenia też były), piwo, kanapki, śmiech i wesołe rozmowy. Pozostali goście schroniska patrzą z niedowierzaniem – miała być rocznica tragedii, a tu... Ale zdziwienie trwa krótko, sąsiednie stoliki wracają do świętowania swojego ostatniego wieczoru w górach, z małym „co nieco”, rzecz jasna, a z sali obok dobiegają śpiewy przy gitarze. I tak nieźle – w ubiegłym roku, w drugą rocznicę lawiny, wszyscy w schronisku jak jeden mąż musieli wypić szampana za zdrowie jakiegoś cepra, który w Samotni kończył właśnie czterdziestkę. Odmówić, wymówić się, bo my tu obchodzimy rocznicę śmierci? – Myślę, że żaden z nich, ani Mateusz, ani „Danon”, nie chce, abyśmy ze smutkiem wspominali ich życie. Byli ludźmi wesołymi, pełnymi energii oraz życiowej radości i na pewno, patrząc na nas z góry, cieszą się nadal, tylko w innym wymiarze. Dlatego musimy ich wspominać z radością, bozasłużyli na to – broni sposobu świętowania tej smutnej rocznicy Maciej Koziński, przyjaciel Daniela. – Moja znajomość z „Danonem”, a można ją nazwać dobrą, pochodziła z dyżurów i tylko z dyżurów, ale łączyło nas po prostu pokrewieństwo dusz. Te same opinie na te same tematy, takie same zainteresowania i akceptacja pomysłów, które inni uważali za głupie. Z tych pomysłów, rozmów zrodziło się właśnie Przejście – to był efekt wspólnego dyżuru i rozmowy o jakimś „szalonym przedsięwzięciu”. Maciej Koziński i Bartek Podkański stali się swoistymi kustoszami pamięci nieżyjących kolegów. Pamięci w takich formach, jakich w ich przekonaniu chcieliby Daniel i Mateusz. Kontynuują właśnie wymyśloną wspólnie przez Maćka, „Danona” i Gniewka Obolickiego wrześniową imprezę pod nazwą Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Drugie, już po lawinie, odbyło się ku pamięci „Danona” i Mateusza. Ale ten sam Koziński, który zżyma się na niepotrzebny patos i dba, by Przejście nie poszło w komercję lub wyczyn, w relacjach z imprezy przysyłanych do „Sudetów” usiłuje przemycić „odjazdy” metafizyczne [które mu – prawem wyczulonego na sentymentalizmy redaktora – regularnie wycinam]: „Gdy tak szliśmy drugiego dnia po łąkach, [...] nastała chwila ciszy, może zadumy, może wspomnień, i padły wtedy słowa: Ciekawe, czy Danon wie, że to dla niego robimy… Pewnie wiedział”. „Niejeden z uczestników czuł obecność chłopaków na trasie. Bartek z Gniewkiem mówili, że schodząc z Cichej Równi [relacja z następnej edycji, prawie koniec trasy – dop. red.], nagle, zupełnie spontanicznie, zaczęli, mimo nadzwyczajnego zmęczenia, biec. Bartek powiedział później: »To był kop od chłopaków z góry. Gdyby nie to, zabrakłoby tych 4 minut na mecie...«”. I w roku ubiegłym: „Gdyby nie to, pewnie szedłby razem z nami. Teraz my będziemy chodzić dla niego co roku tą trasą. Mateusz [Dejnarowicz], który nie znał Daniela nawet z widzenia, powiedział: – Jeżeli podejmujecie taką próbę i tak wspominacie Daniela, to musiał być kimś wyjątkowym i muszę go cenić tak jak wy”. *** W ubiegłym roku zadymka pozwoliła ledwie wyściubić nos z Samotni. W tym roku można było spokojnie zapalić przyniesione z dołu znicze. I... ci twardziele i wesołkowie zamilkli. Zapadła przedłużająca się do dwóch, trzech, czterech, pięciu minut symboliczna minuta ciszy. Porównywalna z jeszcze jedną taką ciszą – kiedy to we wrześniowy wieczór na polanie pod Mariankami w Szklarskiej Porębie milkną setki gardeł i po minucie, na komendę „start”, dalej prawie w milczeniu ruszają na szlak uczestnicy kolejnego Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. Dziesiątki, setki punkcików czołówek oddalają się migocącym, drżącym szlaczkiem świateł w kierunku grzbietu Karkonoszy. Ich Karkonoszy. Tekst i fot. Maciej Zalewski Zdjęcia z akcji ratunkowej Archiwum GK GOPR PS Radnym Szklarskiej Poręby proponuję nazwać polanę obok skałek Marianki imieniem... może nie „Danona” i nie Mateusza, bo byłoby to dla nich zbyt patetyczne, ale ogólnie – Ratowników. I nie tylko ratowników GOPR, i nie tylko tych żywych, ale i tych, którzy odeszli. Żywym za to, że są, umarłym za to, że gdzieś tam czuwają. Na swoim kawałku Europy Eurodeputowany Stanisław Jałowiecki może o sobie powiedzieć, że jest góralem sudeckim z urodzenia. Przyszedł bowiem na świat w Górach Izerskich, w Tanvaldzie. Wychował się jednak na czarnym Śląsku, bo ze strony matki cała rodzina to autentyczni Górnoślązacy. Później były: Kra-ków (studia na UJ), Opole (praca naukowa i działalność w „Solidarności”), emigracja w Ameryce, Niemcy – praca w Radiu Wolna Europa, powrót do kraju (kontynuacja pracy w Radiu Wolna Europa), potem stanowisko marszałka województwa opolskiego i powrót na uczelnię. Wreszcie – po wyborze na eurodeputowanego – Bruksela i Strasburg. – Bielice znamy od dawna – zaczyna swoją opowieść o związku z tą urokliwą miejscowością. – 31 lat – dorzuca żona europosła, Małgorzata, która prowadzi tu gospodarstwo agroturystyczne. – Przyjechaliśmy z czteroletnim synem na wakacje, rozbiliśmy namiot na polu Płoskonków. To wtedy zakochaliśmy się w Bielicach. Tu poznaliśmy Staszka Tomkiewicza, który potem w 1989 r. został posłem Sejmu kontraktowego [dziennikarz, w latach 80. hodowca owiec w Bielicach i działacz opozycyjny – red.]. No i kiedy mogliśmy wrócić wreszcie do kraju, zadzwoniłem do Staszka z pytaniem, czy nie ma czegoś w okolicy do kupienia. Poinformował mnie, że właściciel tego miejsca, gdzie w tej chwili jesteśmy, chce je sprzedać. Stała tu wtedy chatka z okorków, owczarnia – także z okorków, i ściany zewnętrzne obecnego domu. Poprzedni właściciel, którego żona naciskała na wyjazd do miasta, by wykazać się przed nią, że przecież się stara, a zrazić ewentualnych kupców, postawił cenę – jak mu się wydawało – zaporową. Nie wiedział, jak bardzo jestem zdeterminowany. Wróciłem do miasta, wziąłem kredyt i bez dyskusji zapłaciłem żądaną kwotę. I tak się zaczęło... Jałowiecki jeszcze przez cztery lata pracował w Monachium, a jego żona od 1990 r. „studiowała” budownictwo. – Jest teraz chyba najlepszym budowlańcem w dolinie – przekomarza się z żoną. Po powrocie z Niemiec mógł osiąść w Bielicach, ale powiedzenie „mieszkam tu” ciągle jest umowne, ponieważ najpierw była praca na uczelni i marszałkowanie w Opolu, a teraz struktury europejskie. „Mieszkam w Bielicach” może natomiast z czystym sumieniem mówić żona deputowanego. Choć i jej trafiła się przerwa – zakładała Federację Turystyki Wiejskiej, była jej prezesem. Z tego czasu pochodzi hasło „Agroturystyka na europejskim poziomie”, które zdobi barak w środku wsi, ale nie ma nic z haseł propagandowych minionej epoki – w Bielicach agroturystyka na pewno osiągnęła wysoki poziom. – Żona była wcześniej w Europie niż ja – śmieje się eurodeputowany – była członkiem zarządu Europejskiej Federacji Agroturystyki i Turystyki Wiejskiej (EUROGITES). W 2004 r. poseł Jałowiecki zainicjował akcję Ratujmy Dworce Kolejowe. Początkowo szło bardzo opornie, dopiero od niedawna kolej chętniej oddaje samorządom lokalnym dworce w zamian za umorzenie podatków. Ale do tego czasu obiekty uległy większej dekapitalizacji. Szkoda, że nie udało się przejąć dworca w Stroniu Śląskim. Szkoda, bo przykład dworca w Lubawce udowodnił, że warto. Gdyby tak jeszcze udało się reaktywować linię kolejową do Stronia; były już trzy konferencje na ten temat, ale... Do sukcesów w działalności poselskiej Jałowiecki zalicza np. projekt finansowania sieci dróg wspólnotowych, w ramach którego można zbudować cztery polskie trasy. Był sprawozdawcą tego projektu. Osiągnięciem w tym przypadku było przeforsowanie zapisu pozwalającego na finansowanie realizacji projektów z dwóch źródeł europejskich, np. Funduszu Spójnościowego i z właściwego programu wsparcia. Oznacza to, że przynajmniej niektóre odcinki tych tras mogą być finansowane w całości ze źródeł wspólnotowych. Teraz pozostaje tylko kwestia, żeby te drogi budować, a my tego nie robimy. Ale to już inny problem. Jałowiecki działa w Parlamencie Europejskim w Komisji Transportu i Turystyki, ale na razie regulacje dotyczące turystyki nie wchodzą jeszcze w zakres prawa wspólnotowego. Powstające więc co jakiś czas sprawozdania z tej dziedziny są co najwyżej powodem do debaty. Tekst i fot. Maciej Zalewski Nie z tej bajki We Wrocławiu czuje się jak gość nie z tej bajki. Może tak mówić, bo ma swoje miejsce w prawdziwym bajkowym świecie. W dzieciństwie pomagał wujkowi budować w międzygórskim Ogrodzie Bajek miniatury zamku i wieży widokowej na Śnieżniku. „To ja, dzikus z lasu i wróg wszelkiej cywilizacji miastopodobnej – przedstawia się na własnej stronie WWW. – Nazywam się Remigiusz Żukowski, urodziłem się i mieszkam w Międzygórzu, ale większość swojego życia (poniedziałek-piątek) spędzam we Wrocławiu, co – jak łatwo się domyślić – strasznie działa mi na nerwy”. – Nie, nie czuję nienawiści do miasta – łagodzi swój sąd w realu – to po prostu nie moje środowisko. Na ostatnim semestrze studiów byłem w Niemczech, w stolicy najbardziej zalesionego landu – Saarbrücken, uczelnia była kilometr za miastem otoczona bukowym lasem. Wieczorami pod okna akademika podchodziły sarny. Tam czułem się dobrze. W każdy piątek bez żalu żegna więc tę nie swoją, wrocławską bajkę. – Przez sześć lat studiów żadnego weekendu nie spędziłam we Wrocławiu, wracałam do Międzygórza – chwali się koleżanka Remika, Marzena Józefczyk. U Remika ta „choroba” się nasila, ale ze skruchą przyznaje, że na początku studiów zdarzało mu się pozostać we Wrocławiu n a w e t trzy tygodnie. *** Miłość do przyrody, gór, a w przypadku Marzeny przede wszystkim do koni, nie oznacza, że negują współczesną cywilizację. Przeciwnie. Remik jest programistą w niewielkiej, ale rozwojowej, dobrze już osadzonej na międzynarodowym rynku firmie informatycznej. Marzena studiuje jeszcze geografię, ale skończyła już stosunki międzynarodowe na uniwersytecie i jest na studium doktoranckim. Jej promotorka, prof. Elżbieta Stadtmüller, zwróciła na nią uwagę jeszcze przed licencjatem w prywatnej szkole: – Wyróżniała się już tam, także pasją do tematyki mało rozpoznanej w nauce – sport w stosunkach międzynarodowych; dlatego też wzięłam ją później na seminarium magisterskie na uniwersytecie i z przyjemnością obserwowałam jej rozwój. Napisała w przedterminie pracę magisterską, mimo drugich studiow i innych pasji. To mądra, pracowita, a przy tym bardzo naturalna dziewczyna. No i sympatyczna! ***
Pasje obojga „dzikich”, a cywilizowanych są rozliczne. Do wspólnych należy na przykład latanie na paralotniach. Remik po pięciu latach zawiesił tę działalność, aż będzie mógł sobie pozwolić na dobry i bezpieczny sprzęt. Tymczasem powrócił do modelarstwa. Kupił i wykończył sterowany elektronicznie model szybowca Fantazja. Z zamontowanego na nim aparatu fotograficznego robi unikatowe zdjęcia (obok ujęcie szczytu Śnieżnika z charakterystyczną kupą kamieni – pozostałościami wieży widokowej). Fotografia w przypadku Marzeny i Remika idzie różnymi torami. Jej prace można obejrzeć na stronie http://dreami.deviantart.com, on owocnie zajął się górską panoramą. Zasadził się też tej zimy na dalekie widoki ze Śnieżnika, ale pogoda zawiodła. Niewiele było dni wyżowych, kiedy konwersja temperatur odkrywa dalekie horyzonty. O ile Marzena preferuje jeździectwo – właśnie kupiła drugą młodą klacz, w przyszłym roku będzie ją ujeżdżać do rajdów po górach – o tyle Remik kocha rower. „Jedzie się świetnie, grube opony burczą po asfalcie tak, że aż wydaje mi się, iż ludzie wyglądają przez okna, by zobaczyć, co to tak gwiżdże” – pisze w sprawozdaniu z jednej z wypraw i nie trzeba więcej słów, by oddać jego szczęście. A wyprawy robi liczne, interesujące i raczej nie po asfalcie. Corocznie rusza w góry szukać wiosny, w noc świętojańską i w sylwestra wjeżdża na Śnieżnik (ciekawe spostrzeżenie – toasty wypite na górze czuje się w nogach dopiero na dole), rowerem jeździ na urlop i na rowerze (zbudowanym samodzielnie) porusza się cały tydzień we Wrocławiu. „Kiedyś potrafiłem zapuszczać się bez przygotowania w nieznany teren, licząc tylko i wyłącznie na picie wody w strumykach – pisze na swoim blogu. – I dało się przeżyć, i byłem bardzo szczęśliwy z każdej tego typu wycieczki. Teraz się chyba zestarzałem, starannie planuję każdą wyprawę i nie pozwalam, aby na trasie rządził łut szczęścia. Czy to dobrze, czy to źle ? Nie wiem”. Tekst Maciej Zalewski Zdjęcia Remigiusz Żukowski i Maciej KucharskiBrat Nie stójcie nad moim grobem i nie płaczcie; / Nie ma mnie tam. Ja nie śpię / Jestem tysiącem wiatrów, które wieją; / Jestem diamentowym blaskiem na śniegu – recytuje Aneta Augustyn wiersz z książki Kena Wilbera nad grobem swojego brata, Artura Filipiaka. Tym wierszem czytanym w pierwszą listopadową zadymkę spełnia jego prośbę. I po raz ostatni jest starszą siostrą, opanowaną, choć głos chciałby się załamać, chciałoby się po dziewczyńsku zapłakać. Jest mocna, tak jak wtedy, gdy jako kilkuletnie dzieci w śnieżną zimę z nudów urwali się z domu. To ona wymyśliła, że przekroczą granicę ich dziecięcego świata wyznaczaną przez trzy sosny rosnące gdzieś hen na horyzoncie; to ona po kilku godzinach podjęła odpowiedzialną decyzję, że trzeba wracać – Artur z drewnianymi sankami zapadał się w kopnym śniegu na Drodze Libuszy, było zimno. Teraz, nad grobem brata, zdradza publicznie ich dziecinną tajemnicę o wycieczce-ucieczce poza granice wyobraźni, a gdzieś na przeciwległym stoku, bo cmentarz w Dusznikach-Zdroju przytulony jest do górskiego zbocza, są te ich „graniczne sosny”. A nad cmentarzem linia kolejowa z Kudowy do Wrocławia – tędy co tydzień jeździł do technikum elektronicznego EZN, w pociągu poznał Wiesię, przyszłą żonę. Teraz wymknął im się sam, poza granice... w wieku 33 lat przegrał kilkumiesięczne zmagania z chorobą nowotworową. ***
– Pasja „Fisha” rozpoczęła się w 1995 r., kiedy kolega z Dusznik-Zdroju namówił go na kupno roweru górskiego – wspomina Artura Tomek Chudzikiewicz „Chudzik”. – Oczywiście, jeśli nie liczyć wcześniejszego jednodniowego wypadu z Gutkiem do jego ciotki w Katowicach. Sił starczyło im wtedy na jazdę w jedną stronę, wrócili pociągiem. W Polsce był bardzo mały wybór, a dla maturzysty liczył się każdy grosz, dlatego po swój pierwszy rower górski Artur pojechał do Czech. Wybrał Olprana. Zderzenie technologiczne roweru górskiego na osprzęcie Alivio z Orkanem (jego wcześniejszym rowerem) było ogromne. Okazało się, że na nowej maszynie można wjechać na każdy szczyt. „Chudzik” nie dał się długo namawiać, „górala” kupił kilka miesięcy po Arturze. Na pierwsze wakacje pojechali razem w Jurę Krakowsko-Częstochowską, gdzie można sobie spokojnie pokonać kilkadziesiąt kilometrów dziennie i każda wycieczka będzie miała cel – ruiny jakiegoś zamku lub inną atrakcję. |
Po maturze Artur i Tomek rozpoczęli studia na Politechnice Wrocławskiej. Rower górski stał się dla „Fisha” cotygodniową odskocznią od codzienności. W 1997 r. wyruszyli czteroosobową ekipą ze studenckiej sekcji rowerowej w podróż życia – do Chamonix-Mont Blanc we Francji z miesięcznym budżetem 1000 zł. Niemożliwe? A jakże! Artur zawsze powiadał: „Trzeba tylko chcieć”. Po studiach zamiast długich wakacyjnych wyjazdów były weekendowe wypady po bezdrożach Kotliny Kłodzkiej, Górach Orlickich i Bystrzyckich. W 2002 r. na jednej z takich tras „Fish” i „Chudzik” spotykają Krzyśka, listonosza z Kłodzka. Imponuje im – starszy niemal o dziesięć lat, a dalej kręci. Myślą sobie – to my też tak będziemy mogli. Krzysiek namawia na start w maratonie w Górzyńcu, tam zaczęła się ich nowa przygoda rowerowa. A uwieńczeniem startów w maratonach była Transcarpatia 2006. – Pół tysiąca kilometrów od Ustrzyk do Wisły z kilkunastoma kilometrami przewyższeń. To była przygoda, o której od wielu lat marzyliśmy – opowiada „Chudzik”. – Później był jeszcze maraton w Polanicy, gdzie Artur stanął na pudle w swojej kategorii wiekowej. Mieliśmy plany na nowy sezon rowerowy. Niestety, to były ostatnie wspólne plany... ***
– Wielokrotnie zastanawialiśmy się, dlaczego po studiach my ciągle jeździmy, a nasi koledzy przestali. Doszliśmy w końcu do wniosku, że główną przyczyną jest to, że robimy to we dwóch. W górach trzeba pokonywać swoje słabości, więc jeżeli nie jesteś wystarczająco skażony cyklozą, przestajesz wyznaczać sobie nowe cele, przekraczać nowe progi wytrzymałości. Łatwiej ci jest w jakimś punkcie, zanim osiągniesz cel, zatrzymać się, zrezygnować, a to z kolei wzmacnia tylko twoje defensywne tendencje. A we dwóch jest się „skazanym” na partnera, kiedy jeden wymyśli trasę, drugi to musi zaakceptować. Artur powtarzał, że lubi ze mną jeździć, bo niezależnie od tego, co on wymyśli, ja i tak pojadę, choćbym miał na końcu paść. Strasznie mi się to podobało. |
Ich rowerowa przyjaźń zacieśniła się, kiedy na sylwestra w Zakopanem Wiesia, żona Artura, zabrała siostrę. Artur i Tomek wkrótce zostali szwagrami. Artur miał więc „metę” w rodzinnych Dusznikach, a Tomek u teściów w Lewinie Kłodzkim. Na niedzielne wyjazdy umawiali się odtąd na Ludowej, jak miejscowi nazywają przełęcz Polskie Wrota, żeby było sprawiedliwie – w połowie drogi między jednym domem a drugim. Artur zaprojektował dla nich koszulkę rowerową. Na wysokości nerek, jak to w koszulce rowerowej, miały być trzy kieszenie. Co z nimi zrobić, żeby było jakoś inaczej, ciekawiej? Tomek zaproponował, żeby napisać na nich, na co są przeznaczone: niech pierwsza będzie na batonik, druga na mapę, a trzecia... co z trzecią? Wtedy Artur rzucił: „na motywację”. Znowu ten jego target – „cel” brzmiałby kiepsko, więc wymyślił „motywację”. – Wszyscy się na maratonach pytali, co ja tam mam – śmieje się dziś Tomek. – Na ogół była pusta, bo motywacja to rzecz niematerialna, ale często woziłem w tej kieszonce rodzynki w czekoladzie, Artur – swoje ulubione galaretki. W styczniu 2005 r. Artur uruchomił stronę internetową, niekomercyjną platformę porozumienia dla społeczności zarażonej cyklozą. Przygotowywali się do tego dwa lata. Po pół roku funkcjonowania Tomek wzbogacił stronę o wykorzystanie technologii GPS. Artur rozbudował to o nowe możliwości – mógł tu wykorzystać swoje umiejętności programistyczne i graficzne. Był bowiem rzadkim przypadkiem połączenia tych dwóch specjalności na ogół nieidących ze sobą w parze (Artur dość wcześnie, jako 17-latek, opublikował książkę o animacji komputerowej). Pasjonowała go kwestia przekazu informacji od strony teoretycznej i praktycznej. Ich strona była wymyślona po to, żeby społeczność rowerową zintegrować. Ludzie mają na niej nie tylko zamieszczać sprawozdania z wypraw, ale wpisywać planowane trasy i pozyskiwać ewentualne towarzystwo. Jeżeli ktoś nie ma pomysłu na weekend, wchodzi na stronę, sprawdza, czy ktoś w okolicy nie wybiera się na rower. – Nie okłamujmy się – przekonuje Tomek – przecież wygodniej usiąść przed telewizorem z miską chipsów i butelką piwa. Ale „trzeba mieć swój target”, jak mawiał Artur – trzeba mieć cel. I w tym ma pomóc nasza strona BikeBrother ( www.bikebrother.com). Ale zanim to się stanie, trochę czasu jeszcze minie. BikeBrother – a kto tu dla kogo bratem? Rower dla nich obu, oni dla siebie? – Wiele osób to teraz ciekawi. A ja nie wiem, po prostu nie wiem. Nie chciałem Artura pytać, czy chodzi o nasz związek rowerowy, czy o jego związek z rowerem. Tuż przed śmiercią Artur nie chciał już widywać się ze swoim „bratem”. Podobno wolał, by zapamiętał go takiego, jakim był kiedyś – silnego, tego, który prowadzi, podciąga, nadaje tempo. Wiedział, że z ostatniego spotkania, które zostawia w pamięci niezatarty ślad, mógł pozostać obraz schorowanego, słabego człowieka. Nie chciał tego. – To były już ostatnie dni. Wszyscy: ja, Wiesława – żona Artura i rodzice czuwaliśmy przy łóżku – wspomina Aneta Augustyn. – I nagle Artur się ożywił. A przecież był już na silnych lekach. I zaczął mówić. Widzieliśmy, że to jest dla niego ważna chwila, że chce nam coś ważnego powiedzieć. Mówił bardzo jasno, jakby chciał, abyśmy to zapamiętali. I szczególnie jedno zdanie Artura zostało w mojej pamięci, jakby nakaz: „Chciałbym, aby ta śmierć nie poszła na marne”. By nie poszła na marne, organizują w Zieleńcu 23 sierpnia memoriał imienia Artura. Dla Tomka to możliwość zmierzenia się ze stratą Artura, jednocześnie chce ludziom przekazać, by cieszyli się każdym wyjazdem, każdym kilometrem zaliczonym na rowerze. Wystartuje w jedynej już i niepowtarzalnej koszulce (drugą, wraz z czerwoną tylną lampką od roweru, Aneta włożyła „Fishowi” do trumny). W jednej kieszonce będzie miał batonik, w drugiej mapę, w trzeciej... w trzeciej miej zawsze najważniejsze – motywację. Tekst Maciej Zalewski Zdjęcia archiwum domowe Tomasza Chudzikiewicza Zapraszamy na stronę Memoriału im. Artura Filipiaka www.memorial.bikebrother.pl Gdzie Bóg się wykazał, a ludziom przyszło żyć We Wrzosówce Bóg przyłożył się do swego dzieła. Tak mówią wszyscy, którym chce się zrobić dłuższy spacer z Lądka-Zdroju. Odmalował wszystko znakomicie: niekoszone kolorowe łąki na pucołowatych szczytach, poprzetykane gdzieniegdzie kępą drzew. W dalszej perspektywie na zielonym zboczu różowa rana kamieniołomu, a jeszcze dalej Łysiec. – No popatrz – mawiał do swej żony, Haliny, Kazimierz Hałajkiewicz podczas wieczornych spacerów, kiedy zawieszony nisko nad ziemią księżyc kąpał góry w swoim cudownym blasku – gdybym to wszystko odmalował takie, jakie jest, mówiliby: kicz jak jasna cholera. Pięknie? Na pewno. Ale niektórym Bóg tu kazał żyć.
Przed wojną ta stara pasterska wieś była mała i biedna: 39 rodzin (90 mieszkańców), żadnej spółdzielni – niżej, w Lutyni, były dwie. I tam dopiero było bogato! Powojenni osadnicy tworzenie pasa przygranicznego uznali za błogosławieństwo i ochoczo opuścili wieś, domy się rozsypały. Zasiedlone są teraz tylko dwa. Dawną szkołę czteroklasową zajmuje wdowa po malarzu Hałajkiewiczu, drugi budynek – eksdyplomata Stanisław Obara. |
Przyjechał tu kiedyś Niemiec i opowiedział Halinie Hałajkiewicz tę część historii jej domu, której nie znała. Dawno temu ojciec przybysza, bezrobotny nauczyciel, szczęśliwy, że ma wreszcie etat, jechał do Heidelbergu (tak się przed wojną nazywała miejscowość – od borówek, a nie od wrzosu) z nadzieją, że wreszcie polepszy mu się życie. Ale dopiero tu się przekonał, jak może być ono trudne. Kiedy więc tuż przed wojną dostał pracę w Lądku – tu metafora nie będzie daleka od rzeczywistości – schodzili na dół piechotą jak na skrzydłach, uszczęśliwieni, że się wreszcie stąd wydostają. Nauczycielski syn – dzisiaj architekt – jedyne, co pamięta z dzieciństwa w tym domu, to straszne ilości śniegu i okrutne zimno. Stanisław Obara trafił do Wrzosówki kilkanaście lat temu prawie naturalnie, można powiedzieć. Po wojnie mieszkali z matką w Radochowie, potem w Lądku. Po studiach we Wrocławiu i u schyłku kariery w Warszawie to był kolejny życiowy etap – powrót do małej ojczyzny.
Hałajkiewiczowie, zakochani w Lądku, długo starali się tam o pracownię malarską, w końcu zaproponowano im rozsypujący się budynek szkoły we Wrzosówce. Ruinka była, owszem, niczego sobie – nic, tylko uciekać, ale panią Halszkę urzekła... brzoza, która rosła za domem. Gdyby 25 lat temu były telefony komórkowe, mogłaby rzecz skonsultować z mężem. Ale jakie tam telefony, jakie komórkowe – zwykłych nie ma tu do dzisiaj, a z komórki na schodkach przed domem można nadać esemesa, ale już na internet za słaby sygnał. I „prysły zmysły”, jak mówi piosenka. Ogromną tatrą z przyczepą pełną gratów wywleczonych z piwnic znajomych jechała w góry. Wiozła jeszcze twardą walutę tamtych czasów – alkohol. Za pieniądze w dobie reglamentacji towarów można było załatwić wiele, natomiast za wódkę – wszystko. W ich ruince do zrobienia było dużo, potrzebne było morze wódki, więc – żeby jej było więcej – zabrały z siostrą wódki kwintesencję, czyli spirytus. Zaczęło się fatalnie. Kierowca zabłądził i w środku nocy znaleźli się w kamieniołomie w Lutyni. Kiedy z trudem udało się zawrócić „zaprzęg”, na ostrym podjeździe tuż przed Wrzosówką zarzuciło samochodem i przyczepa omal nie zjechała do potoku. Postanowili pójść spać, a po rozkraczony w lesie samochód wrócić rano. Błąkali się po zboczach jak potępione dusze. Najpierw w ciemnościach znaleźli ruiny kościółka, później dom sąsiada, w końcu ten pomógł im znaleźć ich własny dom.
Hałajkiewiczowie, zakochani w Lądku, długo starali się tam o pracownię malarską, w końcu zaproponowano im rozsypujący się budynek szkoły we Wrzosówce. Ruinka była, owszem, niczego sobie – nic, tylko uciekać, ale panią Halszkę urzekła... brzoza, która rosła za domem. Gdyby 25 lat temu były telefony komórkowe, mogłaby rzecz skonsultować z mężem. Ale jakie tam telefony, jakie komórkowe – zwykłych nie ma tu do dzisiaj, a z komórki na schodkach przed domem można nadać esemesa, ale już na internet za słaby sygnał. I „prysły zmysły”, jak mówi piosenka. Ogromną tatrą z przyczepą pełną gratów wywleczonych z piwnic znajomych jechała w góry. Wiozła jeszcze twardą walutę tamtych czasów – alkohol. Za pieniądze w dobie reglamentacji towarów można było załatwić wiele, natomiast za wódkę – wszystko. W ich ruince do zrobienia było dużo, potrzebne było morze wódki, więc – żeby jej było więcej – zabrały z siostrą wódki kwintesencję, czyli spirytus. Zaczęło się fatalnie. Kierowca zabłądził i w środku nocy znaleźli się w kamieniołomie w Lutyni. Kiedy z trudem udało się zawrócić „zaprzęg”, na ostrym podjeździe tuż przed Wrzosówką zarzuciło samochodem i przyczepa omal nie zjechała do potoku. Postanowili pójść spać, a po rozkraczony w lesie samochód wrócić rano. Błąkali się po zboczach jak potępione dusze. Najpierw w ciemnościach znaleźli ruiny kościółka, później dom sąsiada, w końcu ten pomógł im znaleźć ich własny dom. |
Jeden z życiowych egzaminów, zdanych celująco, miała na niemal pionowym zjeździe do Wójtówki. Bez hamulców, na pierwszym biegu, który chyba cudem udało się bez przeszkód wrzucić, zjechała swoim gazikiem na dół. Gdyby nie Roman Magierło, szef Klubu Miłośników Samochodów Terenowych i Weteranów Szos „Quattro” z Lądka-Zdroju, i jego twarda „terapia”, nigdy by więcej do terenówki nie wsiadła. Przy tej przygodzie przeżycia ekipy telewizyjnej były pestką. Ostrzeżenia o trudnych warunkach dziennikarka zbyła krótkim: „Nie ma sprawy, mamy świetny, nowy samochód”. Ale po upalnym południu przyszła burza, trochę wszystko rozmokło i terenówka „full wypas” zaryła się w błocie. – Nie miałam innego wyjścia, tylko swoim gazikiem wciągnąć ich na tę górkę. Niechętnie, bo wiem, że nie robię tego fachowo. Dowód tego mieli, kiedy zbyt gwałtownie wrzuciłam reduktor i tak szarpnęło, że o mało nie wyrwałam im całego przodu. Tak się tutaj może skończyć piękny letni dzień. Ale z pierwszych spędzonych tu wakacji (najpierw były to trzy tygodnie, w następnym roku już trzy miesiące) pamięta piękną słoneczną pogodę. Jakby te lata – wbrew temu, co teraz mówi – były wyłącznie słoneczne. Kiedy oczyścili swoją ścieżkę od drogi głównej i zrobili mostek nad potokiem, prawie wszyscy chcieli się przekonać, co jest na jej końcu. Zachodzili do nich na górę, obserwowali prace remontowe i pytali: „Panie, a co tu będzie?”. Kaju, jak przyjaciele nazywali Hałajkiewicza, odpowiadał w zależności od humoru: a to, że kawiarnia, a to, że knajpa z piwem. W końcu któregoś dnia rzucił, nie wiadomo dziś, czy dla żartu, czy zadziornie, jak na zdenerwowanego lwowiaka przystało: „Tu będzie galeria sztuki”. Oczywiście nawet im to nie było w głowie. Kiedy wyremontowali pomieszczenie, w którym dziś jest naprawdę galeria, okazało się, że ma wyjątkowo dla malarza korzystne światło – północno-wschodnie. Hałajkiewicz ucieszył się, że będzie miał wreszcie pracownię z prawdziwego zdarzenia, luksus w porównaniu z warszawską klitką. Ale wtedy okazało się, że stary tynk ukrywał ładną kamienną ścianę, i szkoda było takiego pokoju na brudną pracownię malarską. Postanowili przynajmniej przywieźć z Warszawy obrazy upchane tam w pracowni, by nareszcie można było nimi nacieszyć oko. Nadal jednak miało to być miejsce wyłącznie dla nich. Tylko że ludzie ciągle tędy przechodzili, a pewnego razu byli to geolodzy prowadzący tu badania. Zaszli odpocząć – posiedzieli, obejrzeli obrazy i to oni właściwie przekonali, że może jednak pokazywać to turystom… – I wtedy mąż z właściwym sobie rozmachem zrobił tabliczki, z byle czego, ale za to z fantazyjnym napisem – po angielsku, rzecz jasna. Tabliczki zostały ustawione głównie w szczerym lesie, ale przy sklepie w Lutyni także. W Lądku wywiesiliśmy plakaty. I w ten sposób zrobiła się tu formalnie galeria – Kajówka. Jest do dzisiaj, mimo że Hałajkiewicz zmarł czternaście lat temu.
– Po śmierci męża długo jeszcze chciałam, żeby wszystko było tak samo – opowiada wdowa. – Ten etap mam już za sobą. Wystarczy mi, żeby miejsce trwało, i potrafię już się pogodzić, ba – samej dokonywać jakichś zmian. Wiem, że nie będzie tak samo, bo to niemożliwe. Mój mąż należał do ludzi wypełniających każdą przestrzeń, szybko stających się jej centrum. Ja przemykam gdzieś w tle. Nie ma więc i nie będzie już tu tych rozmów, tych żartów. Kiedyś wielką atrakcją była możliwość zadania artyście pytania: „Dlaczego pan tak maluje? Mnie się to ani trochę nie podoba”. Mąż miał dar mówienia o swojej twórczości bardzo zabawnie. Ta ławka, która stoi pod oknem, jest równie historyczna jak sławojka – Salon Odrzuconych, w którym wieszał, jego zdaniem, nieudane prace. Tę ławkę zrobił własnoręcznie, by mieć miejsce do szczerych rozmów z widzami. Siadywał na niej z ludźmi i odpowiadał na ich pytania. Prawie zawsze padało jedno: „Dlaczego pan nie maluje pejzaży?”. Ucinał krótko: „Pan Bóg zrobił to tak dobrze, że ja nie będę poprawiał”. Oczywiście malował pejzaże, ale się do tego nie przyznawał, wymawiał się doskonałością Stwórcy. Reakcje widzów bywają różne. Wchodzi gość do galerii i bez najmniejszego skrępowania, dumny ze swej szczerości, mówi z obrzydzeniem: „O Jezu, co za obrazy, ja bym nigdy nie powiesił takich w swoim domu. Okropnie by było na nie codziennie patrzeć”. Gospodyni drąży: A źle się pan tutaj czuje? „Nie, tu jest bardzo przyjemnie”. No to niech się pan rozejrzy, przecież nie ma tutaj żadnych mebli, stoi jakiś pniaczek, trzy krzesła i nic, tylko obrazy. To dlaczego się pan tu dobrze czuje? „Ojej, to chyba jednak przez te obrazy. Bo właściwie, jak się człowiek trochę im uważniej przyjrzy, to jest w nich coś”. Ludzie, którzy nigdy do galerii by nie weszli, przekonują się, że na to, co dla nich było dotąd straszne, bo ma np. ponure kolory, można spojrzeć inaczej. A co najważniejsze – ten zwrot w ich świadomości dokonuje się bez nudnych wykładów, tak po prostu. Oczywista więc jest odpowiedź na pytanie: Czy warto to robić? A wątpliwości są tysiące i przychodzą nie raz, i nie dwa, przyznaje Halina Hałajkiewicz. Zawsze jednak wtedy przychodzą jacyś ludzie i przekonują, że warto. Albo przyjeżdżając wiosną, zastaje zatknięty za okiennicą liścik: „Przy stole przed pani domem zjedliśmy śniadanie wielkanocne. Była przepiękna pogoda i było cudownie”. – W tym roku w środku remontowego piekła przyszła para – pan bywa w galerii od lat, zawsze kiedy jest w Lądku na kuracji. Zawsze też przynosi ze sobą buteleczkę alkoholu. I zawsze siadamy wszyscy, żeby wypić wspólnie kieliszeczek – tym razem usiedliśmy w tym bałaganie, w cementowym pyle. On nie wyobraża sobie pobytu w sanatorium bez wizyty w Kajówce. |
Stanisław Obara ma chyba mniej szczęścia do gości. Wprawdzie na drzwiach napisał: „Tu nie ma czego kraść”, ale nie uchroniło go to od włamania. Jego goście rzeczywiście nie znaleźli niczego godnego ich uwagi, ale też nie docenili klasy tego, co im się trafiło. Pogardzili włoskimi makaronami, w które bogata była kuchnia (gospodarz jest w końcu romanistą i był na placówce dyplomatycznej w Rzymie), i zrobili z mąki proste placki, które smażyli na kuchennej blasze, polewając ją olejem. Ale to jeszcze nic w porównaniu z innymi gośćmi, choć w tym przypadku sporne jest to, kto i u kogo jest tu gościem, bo oni mieszkali tu jeszcze za Niemca, niejakiego Gotwalda. – Moją chałupę drąży, dokładniej – jej drewniane części, spuszczel, owad o łacińskiej nazwie Hylotrupes bajulus, na którego nie ma sposobu. Jego larwy zamieniają gruby bal w mąkę. Chcesz wbić gwoździa, a belka rozsypuje się w pył! Biedny Gotwald też nie potrafił szkodnika zwalczyć. Zatykał dziury – nie wiedział, że powstają one dopiero wtedy, gdy z gruntownie już zniszczonej belki wylatuje dorosła postać owada. Należałoby teraz całą więźbę dachową i wszystkie stropy zdjąć i spalić razem z owadzią zawartością, a na murach postawić nową. Tylko… tylko że była transformacja ustrojowa, stopniały moje życiowe oszczędności… Jakby na przekór tym pesymistycznym słowom za oknem ciepły deszcz skrapia sielski krajobraz. – Uwaga, stereotyp – ostrzega Halina Hałajkiewicz. – Od męża też ludzie oczekiwali, że „w takich pięknych okolicznościach przyrody” będzie malował pejzaże, a jeszcze lepiej, gdyby był malarzem ludowym. Niech pan nie napisze tekstu z przesłaniem: „jakie to romantyczne, ludzie z miasta uciekają, żeby obcować z naturą”. Broń Boże! Czasem to nie my, lecz miejsca wybierają nas. Zadziała przypadek, a potem, kiedy włożyłeś w coś wysiłek, zrobiłeś coś własnymi rękoma, już się nie wyplączesz. Miejsce trzyma cię i nie jesteś w stanie się go wyrzec. Ale przede wszystkim to nie musi być ucieczka. Wewnątrz chyba w każdym z nas tkwi naturalna potrzeba migracji – ruchu. Jedni realizują ją, podróżując, a jeszcze inni, tak jak my tu – poruszając się w życiu między kilkoma wybranymi przez siebie i uznanymi za swoje miejscami. Poza tym ten stereotyp obcowania z naturą! Jak mnie użądli osa, to jestem wściekła na taką naturę. Kiedy wchodzi mi w obejście kozioł i obgryza w ogrodzie co chce, to jak tu kochać naturę?! Tu jest pięknie, kiedy pali się w kominku. Ale ja widzę także tony drewna, które muszę tu przynieść, i tony popiołu, które muszę wynieść. Gdyby mieć niewolników albo służbę, można by było widzieć wyłącznie piękno. Tekst Maciej Zalewski Zdjęcia i repr. Remigiusz Żukowski Dzieło życia Z dr. inż. arch. Markiem Staffą rozmawia Maciej Zalewski – Ukazał się 18. tom Słownika geografii turystycznej Sudetów (recenzja na s. 33), poświęcony Górom Opawskim. To ostatnia część napisanego przez zespół autorów pod Pańską redakcją imponującego, 21-tomowego dzieła. Nie ma takiego fundamentalnego opracowania żaden region w kraju. Skąd wziął się pomysł tego przedsięwzięcia? – Z potrzeby, żeby odpowiedzieć najprościej i zgodnie z prawdą. Pisząc liczne rzeczy o górach, zawsze odczuwałem brak rzetelnych materiałów źródłowych. Nie spełniają takiej roli najlepsze nawet przewodniki, za którymi zresztą nie przepadam, niekompletne okazywały się różnego rodzaju katalogi, np. katalog zabytków wszedł na obszar Dolnego Śląska bardzo późno i utknął, nie dokończywszy dzieła. W tamtych czasach – przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych – były już dobre przewodniki, np. Stecia Sudety Zachodnie, była jeszcze monografia Karkonoszy Stecia i Walczaka, ale to dosyć wąskie opracowania i już wówczas raczej o znaczeniu historycznym (wydania z lat 50.-60.). Większe i nowsze czterotomowe wydawnictwo Sportu i Turystyki Sudety też było jednak typowym przewodnikiem. Ale brakowało nie tylko opracowania sumarycznego – niektóre partie gór nie miały żadnego, szczególnie przedgórza, pogórza. Widać to nawet w ostatnim tomie 18, w którym po raz pierwszy w polskiej literaturze turystycznej opisano południowo-wschodnią część Gór Opawskich. Zafascynowały mnie wydawnictwa czeskie i słowackie. Oni zaczęli wcześniej, pod szyldem Akademii Nauk zespół naukowców dawał dzieło interdyscyplinarne, podobne do naszego, ale więcej w nim było o polityce i historii najnowszej. Słowacy mieli swój Vlastivedný slovník obcí na slovensku, a Czesi Umělecké památky. Trochę korzystałem także z wzorców niemieckich. – Pomysł na wydawnictwo wydawałoby się świetny – nie miało prawa się nie udać, zwłaszcza na ubożuchnym rynku książkowym we wczesnych latach osiemdziesiątych. – Pomysł zrodził się łatwo, ciężko było jednak przekonać do jego realizacji. Właśnie dlatego, że nie było pierwowzoru w Polsce, wielu ludzi było przekonanych, że to się nie może udać. Przede wszystkim z powodu tej wielotomowości, u nas niejedna seria zaczynała się i nigdy nie doczekała zakończenia. Pierwszym etapem realizacji zamysłu było sporządzenie schematu. Kiedy był gotowy, zacząłem się rozglądać za ludźmi, z którymi mógłbym go wypełniać treścią. Pierwszy zespół przetrwał kilka tomów. Należeli do niego: Krzysztof R. Mazurski, Janusz Czerwiński, Julian Janczak i Czesław Zając. Później zmarł prof. Janczak, odszedł z zespołu Czesław Zając. W miejsce Janczaka wszedł Grzegorz Pisarski. Przewinęło się jeszcze kilku współpracowników, autorów pojedynczych haseł, zdjęć i opracowań graficznych. Przez ostatnie kilkanaście tomów czteroosobowy zespół autorski się nie zmieniał. Dotarliśmy się my, dotarła się koncepcja Słownika. Jeżeli porównać ostatnie tomy z pierwszym, poświęconym Górom Izerskim, różnica jest widoczna. Tamten był w zasadzie broszurką, na wyraźne życzenie pierwszego wydawcy, krakowskiego Kraju, który bał się ryzyka związanego z pionierskim przedsięwzięciem. Wahała się wtedy koncepcja graficzna książki, był pomysł umieszczania kolorowych zdjęć na okładce. Nam jednak zależało na tej skromnej formie, z podziałem na cztery kolory dla Sudetów wschodnich, zachodnich, środkowych i Przedgórza, ponieważ taka wydawała nam się najstosowniejsza, charakterystyczna dla wydawnictw encyklopedycznych. – No i każdy kolejny tom odgrzewał nieustającą dyskusję, dlaczego Słownik jest, jaki jest. – Założyliśmy, że nasze wydawnictwo będzie typem… no właśnie: słownika, encyklopedii – bo różne były koncepcje. Wielokrotnie mnie namawiano, żeby zamiast Słownika geografii turystycznej Sudetów był to Słownik sudecki albo Encyklopedia Sudetów. Ale gdyby nasze dzieło było encyklopedią, musiałoby mieć inny układ treściowy, hasła tematyczne, nie fizjograficzne. Okazało się, że nasza koncepcja chwyciła, ba – zgodnie z zasadą „sukces ma wielu ojców” ujawniły się osoby, które „już miały gotowe” następne tomy, i dalejże do wyścigów, kto wyda je szybciej. Oczywiście mieliśmy zastrzeżony tytuł i nieuczciwa konkurencja nie mogła nam zaszkodzić. Spaliły na panewce także inne zamierzenia wzorowane na naszym. Była koncepcja zrobienia słownika dla Dolnego Śląska – do dzisiaj się nie ukazał, była inicjatywa zrobienia encyklopedii gór – także skończyło się na deklaracjach. Ja wiem, dlaczego nie zrealizowano tych pomysłów. Takiej pracy podołać może albo duży zespół, albo poświęcić jej trzeba kawał życia. Mnie Słownik kosztował przeszło dwadzieścia lat. – Ma Pan przynajmniej za te lata wysiłku poczucie spełnienia, czy udało się osiągnąć to, co sobie Pan założył? – Na pewno tak, chociaż gdyby to robić dzisiaj, Słownik wyglądałby inaczej. Dlatego nie planuję wznowień, wydań entych poprawionych i uzupełnionych. Słownik można tylko napisać na nowo. Gdybym jednak dzisiaj miał podejmować taką decyzję, na pewno bym się tego zadania nie podjął. Mimo komputeryzacji nie poprawił się bowiem dostęp do informacji. Dane gdzieś są, ale nie wiadomo gdzie, a jeżeli trzeba ich poszukać, to za specjalną opłatą. Wszyscy żądają pieniędzy za informacje, łącznie z urzędami publicznymi, które są zobowiązane ustawowo do ich udzielania. Poza tym pojawiło się sporo nowych nazw miejscowych, nie wiadomo skąd wziętych, niemających niemieckich odpowiedników. Te niemieckie zresztą często są dla nas dzisiaj także zupełnie niezrozumiałe, pozbawione etymologicznych kontekstów, są pustymi słowami. Bardzo ciężko jest także teraz dotrzeć do wielu obiektów. Sprywatyzowane zamieniły się w twierdze. Fotografowanie zakazane albo zastrzeżone dla „specjalisty” gminnego, a w diecezji legnickiej na fotki zgodę wyraża biskup! – Z jakim odbiorem Słownika się Pan spotkał? – Na ogół korzystnym, także za granicą. Dowodem tego są napływające z różnych stron, szczególnie z Niemiec, pytania i prośby o udostępnienie informacji lub zdjęć. Wiem, że wielokrotnie jestem cytowany. Słownik jest w wielu bibliotekach niemieckich, nie mówiąc już o bibliotece Kongresu amerykańskiego, ale tam to gromadzą wszystko, może więc nie ma się czym szczególnie chwalić… Słownik jest dość ceniony w środowiskach naukowych, może nie we wszystkich branżach, ale w przyrodniczych na pewno. Najbardziej krytyczni są oczywiście turyści. Były więc pretensje, że on tam był i sprawdził, że widok przesłaniają już drzewa, albo na odwrót – wycięli je i odsłoniła się wspaniała panorama, a ja tu piszę bzdury, że… Mimo to czuję to spełnienie, o które pan pytał. Jestem zadowolony, że udało mi się z tym dziełem dobrnąć do końca. – Gratuluję i dziękuję za rozmowę. Szklana Manufaktura .czy twego ciała kryształ /pełen owoców białych... – zawodziła w latach siedemdziesiątych XX w. specjalistka od poezji śpiewanej, a u Kowalskiego na segmencie na wysoki połysk dosłownie stał kryształ owoców pełen – takich plastykowych, z NRD, „jak prawdziwych”. Prawdziwe cytrusy wtedy nie były tańsze od krajowych jabłek, jak zdarza się dzisiaj, i nie leżały na każdym straganie. A kryształy? Chociaż Dolny Śląsk był potęgą w ich produkcji, też były towarem luksusowym. Były drogie i trudno dostępne, bo czego fabryka sama nie sprzedała do USA, przedsiębiorczy rodacy wywozili na handel do Turcji lub Jugosławii. Kryształ nie był jednak pożądany w każdym domu, mieszkania inteligentów rozpoznać można było po kielichach Horbowego (zdaniem wielu: na tyle sławy kłodzkiego szklarstwa, na ile działalności Horbowego w Polanicy, czyli było, minęło) – krwiście czerwone, rude, niebieskie, zielone... Później kryształ stał się synonimem obciachu i w rezultacie dzisiaj prawie nikt, oprócz niemieckich emerytów, już go nie kupuje. Szkła Horbowego, te, co się nie wytłukły, wracają na honorowe miejsca w salonach. Próbie czasu przez wieki opiera się szkło ręcznie grawerowane. Zawsze cenne i pożądane, wytwarzane było w niewielkich pracowniach, kiedyś licznie rozsianych także w rejonie Kotliny Jeleniogórskiej. Od około roku działa w Piechowicach Szklana Manufaktura Marcina Zielińskiego, dzięki przeniesionym tu sprzętom prawie kopia grawerni z huty szkła w Szczytnej.
W tamtejszej zawsze były trzy stanowiska. Na pierwszym pracowała majstrowa – postać nie byle jaka, to ona uczyła wszystkich zawodu, w dodatku według przedwojennego, niemieckiego sznytu. Bo jej mistrzem był Lesler, jeden z najlepszych grawerów na Dolnym Śląsku, człowiek majętny, którego domu całą dobę pilnowała policja, ponieważ mistrz pracował nie tylko w szkle, ale i w kamieniach szlachetnych. Na nic się zdała policyjna ochrona w trakcie bombardowań Wrocławia. Uciekł do Szczytnej. Tu pracował najprawdopodobniej na tym warsztacie, który przydzielono później ojcu Marcina Zielińskiego, Konstantemu. W piechowickiej Manufakturze to ten warsztat pierwszy z lewej (zdjęcie obok). Prywatny, wrocławski warsztat Leslera leżał u pani Ireny Wędziagolskiej zawinięty w gazety i nigdy nie był powtórnie zamontowany. Przed śmiercią majstrowa podarowała go swojemu uczniowi, panu Szymańskiemu i dopiero od jego syna odkupił go Marcin Zieliński. Teraz ten śliczny przedmiot z brązu z 1890 r., sygnowany przez Leslera, po niewielkiej renowacji stanie w Piechowicach. Stanie między warsztatem ojca a tym po prawej, tym na drewnianej nodze – pierwszym warsztatem Marcina Zielińskiego, na którym jako szesnastolatek zaczynał naukę zawodu. Zaczął wcześnie, bo tak już jest w tym rzemiośle. I tak potrzebował kilku lat, by przyjąć pierwsze samodzielne zlecenie. – Ze szkoły czy akademii (skończył cieplicką szkołę rzemiosł, a studiował na poznańskiej ASP) można wynieść przygotowanie teoretyczne, ba – nawet techniczne, ale to tylko etap wstępny. Właściwa nauka następuje w praktyce produkcyjnej. Na przykład na komplecie szkła dla królowej angielskiej, którego kopię zażyczył sobie jakiś klient, jest portret monarchini – banał: oczka, nosek, jakiś loczek. Wygrawerować to na kieliszku do wina – nie ma problemu. Ale na kieliszku do likieru, o wiele mniejszym, znowu trzeba zmieścić te same oczka, nosek.
– Sam pracuję w takich przypadkach z lupą, ale i tak nie udaje mi się trafiać, więc spytałem kiedyś ojca, jak to robi. „Trafiam” – odpowiedział. „Też nie widzę, mimo to trafiam”. I na tym polega wprawa. On spojrzy na wzór, na szkło i wie, jak je do tarczy przyłożyć. A ja... ja wciąż jeszcze patrzę. Ale on 40 lat nie robi nic innego, tylko rysuje po szkle. Przede mną przyszłość. Mówi się, że grawerstwo to najwyższa szkoła jazdy w rzemiosle szklarskim. – Grawer musi mieć specjalne predyspozycje, przynajmniej rysunkowe, bo nawet jeżeli nanosi się na szkło rysunek przez kalkę, to jest to zaledwie kontur. Cała reszta pracy to już najnormalniejsza płaskorzeźba, w dodatku w negatywie, czyli to, co w naturze jest wypukłe, w szkle musi być wcięte najgłębiej. W Szczytnej, która dla Zielińskiego jest punktem odniesienia, grawernia była działem elitarnym, tworzyły go zwykle 3-4 wyraziste artystycznie osobowości. Ojciec, który skłaniał się ku sztuce nowoczesnej, pani Marysia Janik – z mistrzowską precyzją i inwencją twórczą przenosząca na szkło motywy ludowe i Irena Wędziagolska w chmurze papierosowego dymu oraz ze szklanką mocnej herbaty stojąca na straży tradycyjnej grawerki (urągającemu jakości groziły szturchnięcia jedną z lasek, które miała zawsze pod ręką) oraz Rysiek Ściebura, obecnie przewodnik sudecki, reprezentujący „linię malarską”. – I tę atmosferę chciałbym odtworzyć, ponieważ tamta grawernia to było moje dzieciństwo, lubiłem tam przebywać... Manufaktura jest spełnieniem moich marzeń. Marcin robił w życiu wiele innych rzeczy. Przez kilka lat, kiedy zachwiało się polskie szklarstwo, poddawał się urabianiu trybów korporacyjnej firmy i z żalem patrzył na obrastające pajęczynami maszyny postawione w garażu teścia. Aż którego dnia powiedział: „NIE! Dość!”. Dalej już poszło szybko: obejrzał oferowany do wynajęcia lokal w Piechowicach, zawiadomił ojca o powrocie do grawerki, a ten z radością pomógł w remoncie. Po pół roku zrobili uroczyste otwarcie. Powrócił do szkieł kurortowych, charakterystycznego wyrobu sudeckich rzemieślników. W tutejszych hutach produkowało się masowo szklanki do wody mineralnej. Te droższe były właśnie zdobione niesłychanie precyzyjnie wygrawerowanymi widoczkami. Swoistym mecenasem Zielińskiego jest Elizabeth von Küster z pałacu w Łomnicy, która wystawia jego szkła kurortowe, zamawia je na prezenty dla swoich gości. Manufaktura wpisuje się także idealnie w linię promocji Piechowic jako kolebki karkonoskiego szklarstwa. Może powstanie turystyczny szlak szklarski, może do działań włączy się odradzająca się huta „Julia”... na razie Zieliński zaprasza na Drzwi Otwarte (16-18 bm.). Już zresztą do Manufaktury zagląda coraz więcej gości.
– Dzień dobry, małe piwko poproszę – mówi grzecznie od progu schludny starszy pan. – Nie ma już piwka – odpowiada ze stoickim spokojem Zieliński, a zdziwionych zwiedzających uspokaja: – Ten pan jest niegroźny. Kilka razy dziennie muszę go tylko informować, że nie mogę przyjąć jego zamówienia. W lokalu zajmowanym przez Manufakturę przez lata była najgorsza w Piechowicach mordownia. Sporo wysiłku kosztowało, by pozbyć się wżartego w ściany odoru kwaśnego, bylejakiego piwa. Tekst i zdjęcia Maciej ZalewskiJego pagóry Zbigniew Piotrowicz – psycholog, menedżer (prezes spółki Uzdrowisko Lądek-Zdrój Długopole), działacz samorządowy (radny Sejmiku Dolnośląskiego) i działacz polityczny (PO), podróżnik oraz alpinista – wydał w tym roku książkę Moje pagóry. Wystarczyłoby ją zrecenzować lub streścić i może wśród czytelników „Sudetów” znalazłoby się kilka osób, które zadałyby sobie trud kupienia dzieła w którejś księgarni internetowej. Albo… ...wystarczy pozwolić, by autor (pytania – fragmenty książki zapisane kursywą) porozmawiał sam ze sobą (odpowiedzi zapisane pismem prostym). Oczywiście nie jest to dla dziennikarza sytuacja zupełnie luksusowa – i tak musi książkę przeczytać. W tym wypadku zrobiłem to jednak z dużą przyjemnością.
* Widok, który uzależnił mnie od gór – Śnieżka z wierzchołka Skalnego Stołu. (…) żadna z nich [chatka] nie była dla mnie tak ważnym doświadczeniem, jak Słoneczna. W tym miejscu zacząłem planować wyjazdy w inne góry. Tutaj po raz pierwszy poczułem oddech przestrzeni i niepokój istnienia. Tu się uzależniłem.– Widok nocą ze Skalnego Stołu – kiedy w dole widać światła miast, kiedy masz wrażenie, że gwiazdy są jednocześnie nad tobą i pod stopami, a ty tkwisz między nimi niczym w latającym talerzu – może rzeczywiście uzależnić. Tam nastąpiło odkrycie, że to jest to, o co mi chodziło. * Ale wkrótce potem nastąpiło kolejne, mocne doznanie: Leżałem na trawie i wygrzewałem się w popołudniowym słońcu. (…) Przeżywałem nieznaną mi wcześniej ekscytację samotnym obcowaniem z górami. Dotychczas nie wiedziałem, że tak bardzo tego potrzebuję. (…) To było jak młodzieńcza fascynacja pierwszą seksualną rozkoszą.– Bo wtedy, w Bułgarii, pierwszy raz stwierdziłem, że lubię i chcę być sam. To frapujące odkrycie, ponieważ zwykle planuje się górskie wyprawy jakąś grupą, w mniej lub bardziej doborowym towarzystwie. A tu samotna wycieczka uświadomiła mi, że w góry chodzi się nie tylko dla wspólnych przeżyć, ale żeby pobyć osobno, że samotność także może być gratyfikująca. Ale do tej prawdy dochodzi się na jakimś etapie życia. Dojrzewa się do niej, odkrywa się, że w jakimś tam momencie słyszy się w końcu siebie niezagłuszanego jazgotem zewnętrznym. Wielu ludziom nie przychodzi do głowy, że bycie samemu w górach może być aż tak atrakcyjne
* – Pan Bóg jest cierpliwy i tolerancyjny – powiedział któregoś wieczoru w morskoocznym schronisku jeden ze starszych, doświadczonych kolegów. – I Pan Bóg, w swym niezmierzonym miłosierdziu, ostrzega. Raz, drugi, trzeci… Ale potem jak przypierdoli!– Pisząc o Tatrach, pierwszych prawdziwych górach, które na swój osobisty sposób zdobywałem, nie chciałem robić katalogu swoich wyczynów, bo nie są one wyjątkowe. Oczywiście mógłbym się puszyć, że tę drogę zrobiłem lepiej, a tamtą szybciej, ale wpisałbym się w ten sposób w nurt alpinistycznej prozy narcystycznej, która swój rodowód ma w schroniskowej gawędzie autokreacyjnej. Chciałem napisać o tych przypadkach, które dawały coś do myślenia – zabawnych, ważnych, zaskakujących, tajemniczych… * Ale tam też Bóg dał pierwsze ostrzeżenie: Nie bałem się, ale było mi żal. Że to może być koniec. Że to niesprawiedliwe.
– Kilka razy w życiu miałem takie momenty, kiedy się naprawdę bałem, albo takie, kiedy strach się ma już właściwie za sobą, a jest zwyczajnie szkoda, że to j u ż, że to t e n moment. Oczywiście gdzieś z tyłu głowy ma się tę świadomość, że za pięć sekund poznam całą resztę, i odpowiedź, czy to już naprawdę koniec. Ale tych kilka sekund ciągnie się niesamowicie długo. To pewnie najintensywniej odczuwane chwile życia… Dlatego w jednym z końcowych rozdziałów piszę, że takie doświadczenia dają nam dystans do własnego istnienia, pozwalają spojrzeć na nie inaczej. Kiedy dotykasz pustki, widzisz krawędź, zza której nie ma powrotu, i masz świadomość, że to może być właśnie ten ostatni moment, stajesz się innym człowiekiem. Kiedy wracasz do siebie, dostrzegasz, że sprawy, które cię ostatnio tak bardzo zajmowały, są małe, żałośnie śmieszne. Mówisz sobie: Nie warto się przejmować pierdołami. Oczywiście po jakimś czasie się o tym zapomina, ale takie doświadczenie jest potrzebne, by nabrać dystansu do życia. Zastanawiam się czasem, dlaczego takie same historie mają różne zakończenia. Jak to jest ze szczęściem w górach? Piszę o tym przy okazji wyprawy do Hochschwabu, gdzie szczęście pozwoliło nam i kursantom, których mieliśmy pod opieką, uniknąć nawałnicy w górach. A więc jak to jest: idziemy po lodowcu, przechodzi w jakimś miejscu pięć osób, a szósta nagle wpada w dziurę. Dlaczego nie piąta albo pierwsza, albo żadna? Szczęście sprzyja lepszym? – Nieprawda, oni też się zabijają. Mimo że dzisiejsza statystyka potrafi przypadek ująć w jakieś tam ramy, nie odgadujemy istoty tego zjawiska.
* W nocy nie mogłem zasnąć. Zastanawiałem się nad granicami ryzyka, które można usprawiedliwić. Konieczność dokonywania takiej racjonalnej kalkulacji wydawała mi się oczywista – przecież nie zamierzałem się zabić. (…) W końcu zapadłem w krótki sen. Tej nocy śniły mi się moje dzieci…
– Zawsze miałem poczucie pewności, że margines ryzyka jest tak wielki, jak ja sobie tego życzę. W miarę upływu czasu zauważyłem, że wcale tak być nie musi. Przełomowym momentem była całkowita bezradność, kiedy widziałem zejście potężnej lawiny z Pika Pobiedy. A przecież nie mieliśmy poczucia zagrożenia, kiedy tam wychodziliśmy. Uświadomiłem sobie, że równie dobrze mogliśmy być kawałek dalej od miejsca, w którym staliśmy, i byłoby już po nas. Więc chyba trzeba na coś się zdecydować, coś wybrać… John Simpson też przyznał się, że dopiero po jakimś czasie doszedł do przekonania, iż człowiek jest istotą zbyt kruchą, żeby pozwalać sobie na nonszalancję, na zbyt duże ryzyko, i dopiero od tej chwili zmienił swój pogląd na kwestię ryzyka, ceny życia. Mnie się wydaje, że to był dla mnie także taki moment przełomowy. Jak napisałem, wtedy właśnie zdecydowałem, że już nigdy więcej nie pojadę na wyprawę sportową. Konsekwentne uprawianie alpinizmu na poziomie sportowym prowadzi bowiem do niechybnej śmierci alpinisty. Wszystkie przypadki na to wskazują, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają tę regułę. Nieustanne wystawianie się na ryzyko powoduje, że w końcu trafia nas ta statystyczna prawidłowość i z którejś wyprawy w końcu się nie wraca. * Nigdy więcej nie pojechałem już na wyprawę o sportowych aspiracjach. Dojrzałość czy rezygnacja? – Nie rezygnacja, lecz po prostu zrozumienie reguł. Ludzie na szczęście są różni. Jedni, znając te reguły, rzucają im wyzwanie, inni ich nie akceptują. Ja nie zaakceptowałem, bo uważam, że krótkie chwile dużych emocji nie są warte życia. Wyjaśnieniem niech będzie tu opisywany przeze mnie śmiertelny wypadek Architekta w Tatrach. Nie miałem nazajutrz potrzeby wyjścia w góry, przełamywania w sobie czegoś, przymusu pokonania jakiegoś lęku, jakiejś bariery. Wypadek mnie na tyle przygnębił, że chciałem zwyczajnie wyjechać stamtąd, wyjść z zaklętego pola nakreślonego jego śmiercią. Dla innych osób ta chwila niosła wyzwanie, oni musieli natychmiast wystawić siebie na próbę. W momencie, kiedy stwierdziłem, że działalność sportowa wiąże się z pewnymi wyrzeczeniami, uznałem, że nie chcę płacić tej ceny. Podobno podczas pewnej wlokącej się niemiłosiernie wyprawy, która zmieniła się w końcu w wyprawę zimową, siedzący w namiocie w bazie uczestnicy rozważali całkiem na poważnie, ile byliby w stanie poświęcić za sukces sportowy: dłoń, odmrożony palec… Okazało się, że różne osoby gotowe są do pewnych ustępstw. I wtedy Zygmunt Andrzej Heinrich powiedział, że on nie oddałby za Everest nawet paznokcia. Myślę, że miał rację. Sukces za cenę odmrożonej ręki jest dla mnie… to znaczy nigdy bym tego świadomie nie zrobił. Tak może to brzmi lepiej, bo wypadek zdarzyć się może. Zatem wycofałem się ze sportu alpinistycznego świadomie, mimo że w pewnym momencie życia miałem umiejętności i predyspozycje wydolnościowe, by się mu poświęcić. Ale właśnie na tej tatrzańskiej wyprawie uświadomiłem sobie na przykład to, jak ważną osobą jestem dla moich dzieci. One akurat poznawały świat, potrzebowały po nim przewodnika, a ja miałbym organizować kolejne wyprawy, osiągnąć coś, co będzie zapisane gdzieś w specjalistycznej literaturze małymi literkami, i nikt poza ludźmi z branży nie będzie się tym interesował. Im więcej mam lat, tym bardziej jestem przekonany, że był to dobry wybór.
* Podczas pobytu w Alpach trzeba było podjąć trudną decyzję – wspinać się i wydawać pieniądze czy zrezygnować ze wspinania i pieniądze pomnożyć. Była jeszcze trzecia droga – niby się wspinać, a cały wolny czas poświęcić na penetrowanie śmietników. [i kradzieże sklepowe] – Pierwszy odważył się o tym napisać Zbigniew Tumidajewicz w Lecie w Szamoniksie, później Anka Czerwińska wspominała o tej wstydliwej sprawie, bo… kradzież w końcu zawsze jest tylko kradzieżą. Ja, co prawda, nigdy nie kradłem, ale butelki po krzakach zbierałem i po targu chodziłem, prosząc o nadgniecione jajka czy pęknięte pomidory. Wtedy [druga połowa lat 80.] nasze zachowanie nie podlegało tak ostrej ocenie moralnej, jakiej poddawane jest teraz. W dzisiejszych czasach byłaby to rzecz zdecydowanie naganna. Wówczas mieściła się jednak w granicach, nie wiem jak to nazwać, może wdrukowywanego w naszą świadomość odwetu na kapitalistach albo sprawiedliwego podziału dóbr, bo oni mają więcej, a my mniej, więc się nam należy. Mnie się wydaje, że coś tkwiło jednak w naszej psychice, jakiś homo sovieticus.
* Wspinanie – kontynuował Wacław [Sonelski] – to pełne zaangażowanie psychiki, skrajne emocje i wyczerpujący wysiłek fizyczny. Wysiłek angażujący wszystkie partie mięśni. Jeśli do tego dodamy intensywne bodźce odbierane przez wszystkie receptory i bliski, niemal intymny kontakt z fakturą ściany, to wspinanie możemy porównać tylko z jedną formą aktywności. Wacław wyraźnie zaintrygował rozmówców. Zawiesił na chwilę głos i zakończył: – Z seksem!– Mam nadzieję, że dzisiaj żaden z ówczesnych radnych pobliskiego Stronia Śląskiego nie ma Wackowi za złe tej emocjonalnej manipulacji, ale jak ich miał przekonać do czegoś, co było im zupełnie obce? A jak bardzo obcą czynnością dla osoby spoza środowiska jest wspinanie, świadczy przykład pewnego kolejarza, przytoczony przez klasyka literatury górskiej Andrzeja Wilczkowskiego. Otóż przypadkiem wszedł on do podczęstochowskiej doliny i ujrzawszy wspinających się ludzi, wielkim głosem zawołał: „J…na ludzka rasa! Za ch… bym tam nie wlazł!”. Dla niego był to tak ogromny dysonans poznawczy, że nie potrafił zareagować na to, co zobaczył. Nie wiedział, o co tym ludziom w ogóle chodzi. Dlatego, kiedy Wacek sprowadził rzecz do pojęć znanych przez wszystkich i lubianych, pękły lody. Ścianka do tej pory istnieje w hali w Stroniu Śląskim. Ona i ubezpieczone przeze mnie drogi wspinaczkowe na podlądeckich skałkach przyniosły gminie sporo reklamy, pisały gazety, przyjechała telewizja. * O skałkach usłyszała nawet telewizja „z samej Warszawy”. (…) Pani reżyserka uparła się, że w programie młodzieżowym absolutnie nie puści nazwy „jebadełko” (…). – Sama nazwa, oznaczająca przyrząd do wyciągania zatartych kostek, wydaje mi dość wdzięczna i tak się z nią oswoiłem, że nie zdawałem sobie sprawy, iż może kogoś razić. Byłem szczerze zdziwiony decyzją pani redaktorki, która odmówiła emisji tego fragmentu pokazu sprzętu wspinaczkowego, bo uważała, że pada w nim słowo niecenzuralne. Tymczasem w języku osób wspinających się jebadełko jest określeniem tak normalnym, jak np. dupowsporek. Są to normalne, użyteczne określenia nieniosące żadnych obscenicznych podtekstów. No cóż… ze zdziwieniem zauważyłem teraz, że moja książka, w której pada to niecenzuralne słowo (a nawet dwa), jest w ofercie jednego z portali religijnych i nie wiem, czy nie będzie podobnej wpadki jak niegdyś z kupowaniem Raz w roku w Skiroławkach jako nagrody za wzorową naukę dla absolwentów piątych klas podstawówki. No cóż, Nienacki kojarzył się paniom nauczycielkom z Panem Samochodzikiem. Tekst Maciej Zalewski ...żebyś nie żałował – W maju minie pięć lat, odkąd tu jestem. Piosenka mówi: „A kiedy pragniesz tak mocno, żebyś nie żałował”; mnie się zdarza żałować. Że to, że tu…Do Gorzanowa sprowadził go… hulaszczy tryb życia, jak mówi z przekąsem. Pił sobie mianowicie piwko na deptaku w Międzyzdrojach, a tu jakiś hulaka rozrabia. Co tu kryć, czekał właśnie na taką okazję, ruszył ostro do boju, ale przeciwnik był mikry, więc spytał: „W co cię bić?”. Nie wiadomo, czym by się skończyło, gdyby nie ostudziły ich dziewczyny. Andrzej Radomski to chłop zwalisty, w końcu żołnierz oddziałów specjalnych Wojska Polskiego, ale jego „lichy” przeciwnik okazał się… żołnierzem Legii Cudzoziemskiej na urlopie. I on to później namówił Radomskiego, któremu akurat Czarnobyl załatwił biznes betoniarski (cały cement z demoludów szedł na budowę betonowego sarkofagu uszkodzonego reaktora), na elektrownie wodne.
Pierwszy raz widział elektrownię wodną, kiedy miał siedem, może dziewięć lat. Pojechali na grzyby i ojciec im pokazał. W ich okolicach, na Pomorzu, stało sporo takich małych siłowni. Wszystko w nich było jeszcze jak nowe, za złom wtedy tak dobrze nie płacili… Ojciec później powtarzał: „Odbudujcie te elektrownie, wcześniej czy później ta komuna padnie”. Ale matka strofowała: „Co ty dzieciom w głowach mącisz! Komuna padnie?”. Ojciec nie dawał za wygraną, próbował jakąś kupić, niby na mieszkanie, na daczę – nie dali… W połowie lat osiemdziesiątych elektrownie jeszcze były i można je już było kupić, w dodatku za bezcen, później szły jak świeże bułeczki. – Przespałem temat, kto by pomyślał, że komuna rzeczywiście padnie. Jechało się na saksy, w trzy miesiące zarabiało tyle, że dwa lata można było leżeć. Kiedy skończył 15 lat, poszedł z domu. Stancje, hotele… szkoła zawodowa, potem technikum dla pracujących. Ostra jazda: pobudka piąta rano i orka do 24. Jak miał trening, to spał jeszcze co najmniej godzinę krócej. Trenował maraton, przebiegał setkę kilometrów w tygodniu, bo nie chciał skończyć na chorobę budowlańców, marskość wątroby.
Był operatorem wysokich żurawi, dwadzieścia kilka lat spędził kilkadziesiąt metrów nad ziemią w przeszklonej kabinie odchylanej przez wiatr o metr raz w tę, raz we w tę. W całej Polsce, w Szwecji i Niemczech. Nie było lekko, do domu zjeżdżało się raz na kilka miesięcy – cieślę, murarza łatwo zastąpić na czas wypadu do rodziny, zmiennika dla operatora dźwigu trudniej znaleźć. Do dzisiaj biorą go na sentyment, na „wyrzuty sumienia”: „Daliśmy ci kiedyś robotę, teraz ty mógłbyś też nam pomóc”. Ale cóż, elektrowni nie da się zostawić: „Kiedy jesteś daleko, możesz wszystko stracić” – mówi ta sama piosenka. Kiedyś w tym miejscu na Nysie Kłodzkiej był stary poniemiecki jaz. Po jego remoncie piętrzenie obniżono o 60 cm i młyn, który też tu kiedyś funkcjonował, dostawałby wodę tylko kilka miesięcy w roku. Stracił rację bytu. Nawet starego młyńskiego kanału nie dało się wykorzystać do nowych celów, trzeba było kopać nowy. Największych problemów przysporzyła sama elektrownia (jeżeli nie liczyć 11 lat zmarnotrawionych na dokumentację!). Badania geologiczne wykazały, że w podłożu jest łupek, czyli skała, którą można wybierać łyżką zwykłej koparki. W praktyce okazało się, że jest szarogłaz i 480 m sześc. skały trzeba było odstrzelić. Dwa tygodnie pracowało 18 ludzi, 2 wywrotki i koparka. Drogo, ale to jeszcze nic. Z drążeniem gruntu na posadowienie fundamentu trzeba uważać. Jak wykopiesz za głęboko, narzucić piasku nie wolno, musisz zrobić grubszy fundament. Miejscami trzeba było. Ale w tym wypadku nie można było sobie pozwolić nawet na błąd odwrotny – bo kiedy odstrzelą za płytko, drugi raz na budowę ich nie ściągniesz. Niestety – w jednym miejscu odstrzelili za mało o 80 cm. Inżynier nie dopilnował. – Tydzień czasu nie spałem, wymyślałem wyjście z sytuacji. W końcu projektant zaproponował komory lewarowe. Nikt tego nie ma – nowość dosyć ryzykowna. Nikt przy tej nowości nie chciał też pracować. Cieśle, zbrojarze wymiękali, kiedy tylko zobaczyli rysunek techniczny. Drugi cios zadali Chińczycy, którzy podbili światowe ceny stali prawie trzykrotnie. A potrzeba było na budowę elektrowni prawie 45 ton. Zabrakło kapitału. Zebrała się cała rodzina… siostra ze szwagrem obracała pieniędzmi w innej branży i miała niezłą stopę zysku, ale kiedy brat potrzebuje… „Przecież wiecie, Andrzej te sprawy traktuje honorowo, długi spłaca. Jeszcze nikogo nie wykiszkował”. Nie wiadomo, czy szwagier teraz czasem nie krzywi się na ten interes, bo Andrzejowi trzeba nieraz prolongować terminy spłat. Pomogła też fundacja zawiązana do pomocy budowniczym elektrowni wodnych, brał kredyty bankowe. Trzeba było oszczędzać na innych rzeczach. Turbinę kupił na przykład za jedyne tysiąc złotych. Dziewięć miesięcy dorabiał brakujące części. Konstruktor turbin później podziwiał, że tak dobrze wyważona, że dobrze pospawał – zaowocowały fuchy w stoczni robione w soboty i niedziele, gdzie spece w tym zawodzie nauczyli go dobrej roboty. Turbiny są dwie, z metryką z lat dwudziestych i trzydziestych ub. wieku. Francis pionowy, a „śmigłówka” w komorze lewarowej. Francis to na cześć zmarłego stryja proboszcza, po którym spadek zasilił fundusz remontu wirnika. Turbiny popracują jeszcze z pięć lat i trzeba je będzie wyłączyć na kilkumiesięczny remont. Jedna ma moc 30 kW, a zimą, kiedy woda jest cięższa, osiąga maksymalnie 36, latem 32-33 kW. W drugiej generator ma moc nominalną 40 kW, a maksymalnie osiąga 46 kW. Radomski troszkę przegrzewa, bo najlepiej jest, kiedy generator pracuje na 75 proc. mocy.
A przegrzewa, bo musi. Od prawie 2,5 roku interes się kręci, ale dochody osiągane ze sprzedaży wytworzonej energii do sieci krajowej z trudem wystarczają na spłatę kredytów, o budowie domu nie ma już mowy. Skazany jest na swój wóz Drzymały. Najgorzej było zimą dwa lata temu, przez dwa tygodnie temperatura oscylowała wokół 20 stopni poniżej zera. – Spróbuj wtedy tu się umyć. Całą noc trzeba dokładać do kozy, bo wygaśnie i zamarzniesz jak ta woda w szklance. Do snu zakładam dwie czapki. O wyjściu do sławojki strach pomyśleć. Szkoła przetrwania. Szpary w drzwiach wydrapują kocury. Ma dwa – wchodzą i wychodzą nieraz co pół godziny. Jeden przychodzi, a drugi wychodzi. Raczej nie przepadają za swoim towarzystwem, zwłaszcza w wozie, który każdy uważa za wyłącznie swoje legowisko. Czasem się o to pobiją, czasem jeden drugiemu zrobi na złość i nasika mu do pudełka. Charakterne chłopaki. Dzwoni komórka. – Za chwilę oddzwonię – mówi do kogoś Radomski i wyjaśnia: – Żona dzwoni, bo w weekendy mamy darmowe minuty, to sobie czasem gadamy godzinami. Żona z córką mieszkają w Nowogardzie, widujemy się kilka razy w roku. Kiedyś w wakacje przyjechały, na budowie było sporo roboty, niedziela nie niedziela, aż w końcu córka pyta: „No jak to jest, masz jedno dziecko i tak gonisz je do roboty?”. Zrobiło mu się jej żal, był już gotów sprzedać to wszystko. Mogą przecież wyjechać do Szwecji, mieszkanie i praca czeka od ręki. Przyjechał nawet kupiec, obejrzał, rzucił zachęcającą cenę, a córka stanęła okoniem: „Powiedz mu, niech sobie sam wybuduje”. – Tak to z dziećmi jest: od płaczu do śmiechu blisko. Tekst i zdjęcia Maciej ZalewskiHeleno, gdzie jest moja mucha na narty? Mieczysław Skowron – były młodzieżowy mistrz Polski w biegach narciarskich, sobieszowianin, nauczyciel w tutejszej szkole i trener, jest prezesem jedynego w swoim rodzaju klubu Mietek Retro Sky. Tak dzieli się z gronem znajomych swoją pasją – kolekcjonerstwem starych nart. Dostaje je, kupuje na giełdach, ratuje egzemplarze, których pozbywają się znajomi. Sam je remontuje, a później pokazuje na samodzielnie przygotowywanych wystawach i startuje na nich w imprezach typu retro: zjazdach, biegach, slalomach. W tegorocznym slalomie retro w Szklarskiej Porębie był ex aequo pierwszy. Organizatorzy w oficjalnym komunikacie tłumaczyli to: „Jako organizatorzy pragniemy serdecznie przeprosić Pana Mieczysława Skowrona za pominięcie go w wynikach Slalomu Retro. Przyczyną tego były ciężkie warunki techniczne i pogodowe. Po przeanalizowaniu wyników Jury przyznało Panu Mieczysławowi egzekwo I miejsce. W ramach rekompensaty Pan Skowron otrzyma nagrodę w postaci wysokiej klasy nart firmy Rosignol”. Pewnie tak przemknął przez linię mety, że organizatorzy go nie zauważyli… – Zaczęło się od jednej pary nart, które kupiłem na giełdzie staroci w Jeleniej Górze za dosłownie kilka złotych – wspomina. – Namówiła mnie koleżanka, która inną parę wzięła sobie do wystroju domu. Kupiłem więc te narty i wyremontowałem w sposób, jaki wtedy wydawał mi się właściwy, czyli polakierowałem. Później była druga para, trzecia… Studiowanie literatury, podglądanie pracy stolarzy i konserwatorów antycznych mebli. Teraz jest już ostrożniejszy, robi wszystko, by jego skarby przetrwały jak najdłużej, ale też dba o to, by nie zatrzeć śladów ich wiekowości. Nie uważa się za eksperta, ale wie, jak odróżnić stare narty od np. intensywnie używanych. Wskazówką jest tu np. typ wiązań charakterystyczny dla epoki.
– Można się o tym dowiedzieć z książek, można też rozwój techniki prześledzić na starych rycinach i fotografiach. Niektóre muzea mają też eksponaty charakterystyczne dla kolejnych etapów rozwoju techniki. Do kolekcji Mieczysława Skowrona też trafiały narty, na których te etapy odcisnęły się konkretnymi śladami. Stare przedwojenne deski, jakich w karkonoskich i podkarkonoskich domach było wiele (dla miejscowych i dla przyjezdnych gości), jeżeli po wojnie nie trafiły od razu do pieca, nosiły często ślady kolejnych przeróbek, zmian typu wiązań. Na zgromadzonych okazach odtworzyć też możemy rozwój technik narciarskich. Początkowo deski były „kompleksowe” – można było na nich i zjeżdżać, i biec. Mało tego, wkrótce zaczęto montować na spodach tzw. foki i na takich deskach dało się już łatwiej podchodzić. Taką jedną parę Mieczysław Skowron ma w swoich zbiorach. Są to typowe narty wojskowe, bo rolę foki pełni tu brezent. Prawdziwe foki zarezerwowane były dla nart drogich. To już był prawdziwy przedwojenny szpan, posiadanie desek z oryginalnymi fokami. Za najcenniejsze w swoich zbiorach Skowron uważa te egzemplarze, które są sygnowane, a więc zaświadczone jest miejsce ich produkcji, sprzedawca lub przynajmniej dawny właściciel, np. pensjonat Duch Gór w Agnetendorfie, czyli dawnym Jagniątkowie. Ma ponad setkę par – są wśród nich superszwajcary, na których startował w tegorocznym slalomie, są wyprodukowane w dalekim Monachium, ale i na miejscu, czyli w Jeleniej Górze, w Piechowicach czy Sobieszowie. Tu narty, w ramach produkcji ubocznej, wyrabiała fabryka mebli. – Nie mam tylko polskich przedwojennych nart zakopiańczyka Stanisława Zubka. Posiadanie takiego sprzętu było wtedy marzeniem każdego narciarza i dawało w środowisku swego rodzaju nobilitację. Teraz trafiają się czasem na Allegro. Ale ja na Allegro z zasady niczego nie kupuję. Interesują go stare narty i wszystko, co z nimi związane, a więc stare wiązania, buty, kije, stroje. Ale też pocztówki, ryciny i np. prawidła, czyli urządzenie, w które na sezon letni spinało się deski, żeby się nie odkształcały. Jest perfekcjonistą, stara się, by dopracowany był każdy szczegół. Oprócz nart musi to więc być odpowiedni strój i stylowe dodatki – jakaś czapka, odznaka, okulary. Znajduje je w second handach i na giełdach. Efekt jest wspaniały. Doceniły to „Nowiny Jeleniogórskie”, które o jego ubiegłorocznym starcie tak pisały: „Zwyciezca w kategorii panów, Mieczysław Skowron (wuefista z Jeleniej Góry), był wystrojony jak dżentelmen sprzed wieku. Nie zabrakło mu nawet muszki”.
Do startów w zawodach retro wciągnął żonę i młodszego syna (starszy jest poważnym zawodnikiem i na szaleństwa reszty rodziny patrzy z pobłażaniem), a z kręgu znajomych stworzył prywatny klub pod nazwą Mietek Retro Sky. Jego członków wyposaża w narty, weryfikuje ich strój, ewentualnie coś pożycza z własnej kolekcji. Oponuje przeciwko próbom sformalizowania klubu, chce, by zachował on status grupy towarzyskiej, która spotyka się, żeby dla przyjemności uprawiać narciarstwo. Pełnoprawnym członkiem tego elitarnego grona może zostać ten, kto ukończył bieg retro. A pokonać prawie cztery kilometry na starych nartach i w stylowym stroju wcale nie jest lekko. Po biegu odbywa się mała impreza, uczestnicy dostają przygotowane przez prezesa nagrody, np. miniaturki nart własnoręcznie wystrugane z drewna. Wszyscy pozują do grupowego zdjęcia pamiątkowego – w strojach z epoki oczywiście. Tekst Maciej ZalewskiZdjęcia: zbiory domowe Mieczysława SkowronaPolski dustojnikKiedy 1. batalion 25. pułku przybył w połowie lipca 1945 r. z Budziszyna do Międzygórza, ochronę granicy rozpoczął od wysiedlenia z tej miejscowości części Niemców. Stefan Bakoński był w tym czasie dowódcą plutonu 3. kompanii, która także w tym wysiedleniu uczestniczyła. Dotyczyło ono wprawdzie tylko napływowych mieszkańców kurortu, uciekinierów z Berlina i innych większych miast Rzeszy, ale… „Kto wie, czy nie jestem na czarnej liście za wypędzenie” – żartuje dzisiaj. W „kaplicy” cesarskiej, czyli izbie pamięci cesarza Wilhelma w wieży widokowej na szczycie Śnieżnika, własnoręcznie zrzucił z postumentu gipsowe popiersie Wilusia. Cóż, i ten czyn w świetle dzisiejszej poprawności politycznej nie jest powodem do chwały, ale wtedy dziwne byłoby, gdyby tego nie zrobił.
Stefan Bakoński, kiedy wybuchła wojna, miał piętnaście lat. Gdy w 1944 r. uciekał z obozu pracy, droga mogła być tylko jedna – do partyzantki. Jak zbliżał się front, był plan, że zajmą Lublin tuż po ucieczce Niemców, zanim wejdą Rosjanie. Okazało się jednak, że Niemcy uciekli szybciej, a Rosjanie wcale się nie ociągali z zajęciem miasta i wielkie plany „wyzwoleńcze” padły. Rosjanie okrążyli jego oddział, obiecali im, że pójdą do polskiego wojska formowanego gdzieś na wschodzie. Pewnie zamiast do wojska zapędziliby na Sybir, ale nocą przez wieś, w której ich konwój zatrzymano na postój, przedzierali się czołgami niemieccy maruderzy; wykorzystali zamieszanie i uciekli. Rozproszyli się. Nie zgłosił się w punkcie zgrupowania, ale uciekł w rodzinne strony. A potem poszedł do wojska, mimo że był zakaz. Zracjonalizował sobie tę decyzję, jak potrafił: „dopóki trwa wojna z Niemcami, strzelając do Rosjan, popierałbym Niemców”. Nie mógł się chwalić swoją partyzancką przeszłością: „w szkole oficerskiej dwa tygodnie przed promocją kilkunastu podejrzewanych o przynależność do AK mianowano sierżantami i ciupasem wyprawiono na front”.
Po trzymiesięcznej szkole oficerskiej też tam trafił, ale nie powalczył już długo, bo wojna akurat się kończyła. Uczestniczył w wyzwalaniu Czechosłowacji, dotarł pod Budziszyn, skąd jego jednostkę skierowano właśnie na Dolny Śląsk. Przez Jelenią Górę dotarł do Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie stacjonował jego 25. pułk X Dywizji Piechoty, a stąd po kilku dniach dotarł do Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie stacjonowała część 1. batalionu 25. p.p., która wcześniej wróciła do kraju. Dowództwo 25. p.p. kwaterowało w Lądku-Zdroju. Po kilku dniach 1. batalion przeniesiono do Międzygórza. – Tak wyglądała obsada granicy – pokazuje szkic wykonany po latach, wklejony teraz do opasłego albumu oprawionego w czerwoną skórę. „To dla spadkobierców”. Pełno w nim starych zdjęć, zdarzają się też autentyczne, pożółkłe już dokumenty. – Od 20 czerwca do 8 lipca trzy bataliony 25. pułku obsadzały granicę od Zieleńca aż po Prudnik, czyli rozlokowanie było dość luźne. Potem, kiedy Czesi zaczęli się upominać o ziemię kłodzką, skoncentrowano wojska, wprowadzono na granicę dodatkowo 27. pułk i zagęszczono posterunki. Powierzony mu do pilnowania fragment granicy w pułkowym opracowaniu opisano z przesadą: „odcinek granicy przebiega cały czas w wysokich górach, skalistych i niedostępnych”. Sąsiednie placówki były w Kamienicy i Potoczku. Oprócz tego utrzymano strukturę wojskową, były więc normalne dowództwa kompanii w Bolesławowie, Międzylesiu i Jodłowie. Placówka, której dowództwo objął Bakoński, nazywała się „Schneeberg” numer 5. W Międzygórzu mieściło się dowództwo batalionu, któremu podlegały trzy kompanie rozmieszczone na granicy. Skład osobowy placówki to 17 osób, połowa pochodziła z Wileńszczyzny, połowa ze wschodniej Galicji. Szarże – czytam w dokumencie: podporucznik, 2 plutonowych, kilku kaprali, szeregowcy... Roczniki 1909-1913, najmłodszy 1926, czyli o 3 lata młodszy od Bakońskiego.
Dzierżawiącej schronisko na Hali pod Śnieżnikiem frau Wojtyczki już nie było, odeszła, kiedy ulokowano tu pierwszy, pięcioosobowy oddział polskiego wojska. Wbrew rozkazom zatrzymali z obsługi schroniska trzy Niemki, trudno było wymagać, żeby żołnierze po wygranej wojnie jeszcze sami sobie musieli gotować. Kolejny pożółkły papier: „Plan obrony placówki nr 5”. – Musieliśmy wykopać stanowiska obronne na wypadek ataku Czechów – wyjaśnia Bakoński. – Powszechne było przekonanie, że będzie nowa wojna. Przed przybyciem do Międzygórza dostaliśmy szczegółowe instrukcje, jak postępować w razie, gdyby Czesi chcieli przekraczać naszą granicę. My mieliśmy zakaz i nie wolno nam było strzelać do Czechów. Dopiero gdyby oni przekroczyli granicę, mieliśmy ich otaczać i brać do niewoli. Ostrzegano, że są do nas bardzo negatywnie nastawieni i można się spodziewać najgorszego. Bakońskiego krótki epizod frontowy rozegrał się głównie na ziemi czeskiej i z Czechami zawsze dobrze żył, w prywatnym archiwum ma jeszcze dokument z przekazania im magazynu niemieckiej marynarki wojennej. Trudno więc było mu uwierzyć w przewidywania dowództwa. Po przybyciu na Halę pod Śnieżnikiem wziął kaprala i poszli na szczyt, weszli na Keiser-Wilhelm-Turm. W odległości jakichś 200 m stało czeskie schronisko, Lichtenstein-Schutzhauses, w którym mieściła się placówka czeskiego wojska. – Z wieży obserwowałem przez lornetkę wartownika, a on przez lornetkę obserwował nas. Kiedy zeszliśmy, mówię do kaprala: „Idziemy do Czechów”. „A jak oni nas wezmą do niewoli?” – chłopak wystraszył się nie na żarty. Kiedy zbliżaliśmy się do budynku, wartownik wbiegł do środka i po chwili wysypało się na zewnątrz kilku uzbrojonych żołnierzy. Ale okazało się, że całkiem przyjemnie nas tam przyjęli. Tylko mnie się przez moment wydawało, że dowódca zakpił sobie, przedstawiając mnie kobietom zatrudnionym w ich placówce: „Polski dostojnik”. Nie wiedziałem, że po czesku důstojnik to oficer. Ta wizyta zapoczątkowała całkiem przyjazne kontakty. Aż do czasu likwidacji czeskiej placówki w schronisku ks. Lichtensteina we wrześniu panowie wizytowali się i rewizytowali – „Czesi podejmowali nas piwem, a my ich... bimbrem”. Nie bardzo podobało się to polskiemu dowództwu, gdyż podejrzewano, że naszych żołnierzy odwiedzają także czescy funkcjonariusze kontrwywiadu. Zdaniem Bakońskiego nie musieli się wysilać: – Polacy wiedzieli wszystko o obsadzie czeskiej placówki, a Czesi wiedzieli wszystko o naszej.
Nawet umówili się, że gdyby kogoś zaatakowali Niemcy, powiadomią się wzajemnie określonymi sygnałami i przyjdą sobie z pomocą. – Ba, dowódca czeskiej placówki jeszcze w 1947 r. przysłał mi kartkę z pozdrowieniami – śmieje się Bakoński. Pod Śnieżnikiem nie było więc problemu z Czechami czy Niemcami, był za to problem z aprowizacją. Macierzysty pułk nie zapewniał niczego oprócz kaszy czy mąki. – Wyjedliśmy prawie wszystkie świnie w okolicy. Miałem dość obrotnego podoficera gospodarczego, który umiał to załatwić. Nie było mowy o rekwirowaniu, płaciłem z funduszu dyspozycyjnego. Nawet gdy wystraszony Niemiec nie chciał pieniędzy, zostawiało mu się je na stole, żeby nie było, że grabimy. Tak trwało do jesieni, w październiku powołano Wojska Ochrony Pogranicza, które przejęły od nas granicę, a my trafiliśmy do garnizonu w Jeleniej Górze, później do Wrocławia. Opuszczając schronisko, przekazali je WOP protokolarnie. Bakoński ma do dziś ten dokument. – Zachowały się nawet obrazy na ścianach. Wisiało tam wiele akwarel zostawianych na pamiątkę przez przyjeżdżających na Śnieżnik berlińskich malarzy. W każdym razie, kiedy opuszczaliśmy obiekt, nadawał się on do natychmiastowego uruchomienia. Jedyny mankament to brak energii elektrycznej. Wprawdzie była prądnica i paliwo do napędzającego ją silnika, ale nie było... pasa transmisyjnego. Ktoś ukradł go, może po prostu na podeszwy do butów. Nie wiem nawet, czy akurat nie na moje – żartuje Bakoński. – Przecież kiedy rozleciały mi się przydziałowe, zamówiłem nowe u Niemca w Bystrzycy Kłodzkiej i podeszwa jednego z nich była właśnie z takiego gumowego pasa. Na pożółkłym kawałku papieru czytamy: „20 października 1945 r. Protokół przekazania… kanapy, sofy, komody, pianino [!], silnik elektryczny, silnik spalinowy, węgla 3 tony…”.
Chyba dopiero w 1948 r. schronisko było czynne – lata 1946 i 1947 to historyczna biała plama. Najprawdopodobniej WOP nie był w stanie zachować tam stałej obsady i niepilnowane wyposażenie schroniska rozszabrowano. We Wrocławiu Bakońskiego aresztowano przed wyborami w 1947 r. Profilaktycznie, bo oskarżono go między innymi o sprowokowanie w pułku buntu w trakcie referendum ludowego w czerwcu 1946 r. Był podobno pierwszym w garnizonie, który odważył się wejść za kotarę, czym ośmielił następnych. A było to przecież zupełnie zbędne, wszak należało głosować czystymi kartkami, bez skreśleń, a czysta kartka oznaczała trzy razy tak. Tylko opozycyjne PSL polecało głosować dwa razy tak i raz nie. Za tę demonstrację zamierzano go najpierw przenieść karnie w Bieszczady, do czego jednak nie doszło, ale przed wyborami już aresztowano. Podpadał pod paragraf z rozdziału zbrodnie stanu, w którym sankcją mogła być nawet kara śmierci. Ale nie był to jeszcze najczarniejszy stalinizm i – można powiedzieć – upiekło mu się. Sąd niespodziewanie zmienił kwalifikację czynu, nie była to już zbrodnia stanu, i zapadł wyrok dwóch lat więzienia bez degradacji (co było wówczas ewenementem). Kiedy po amnestii wyszedł z wojska, jego mieszkanie pułk przydzielił już komuś innemu, a on dostał rozkaz wyjazdu celem demobilizacji do... Zamościa. Kiedy już w cywilu pracował w Lasach Państwowych, dyrekcja skierował go do Żybocina, czyli... dzisiejszego Stronia Śląskiego. I tak zrządzeniem losu wrócił na kłodzczyznę, gdzie mieszka do dziś. Skończył zawodową drogę jako kierownik zespołu składnic leśnych w Kłodzku. Na emeryturze wędrował po górach, malował, porządkował pamiątki w specjalnych albumach „dla spadkobierców”. A w nich zdjęcia, własne opracowania i autentyczne dokumenty. Dokumenty wojskowe w prywatnym archiwum...? – Pokażę jeszcze lepszy. Ten kawałek papieru UB zarekwirowało w naszym domu rodzinnym, kiedy w 1952 r. aresztowali moją siostrę. To miał być dowód na wykradanie dokumentów wojskowych. Zwrócili go w 1956 r. Może zorientowali się wreszcie, że mieli w ręku raczej dowód na poczucie humoru młodych ludzi, których wojna ubrała w mundury.
Rozkaz batalionowy. 1 kwietnia 1946 r.” zawiera bowiem m.in.: awanse – czasem o dwa stopnie (jeden z tak „awansowanych” nawet uwierzył i przyczepił sobie pierwszą gwiazdkę), listę odznaczeń, np. orderem Czerwonej Gwiazdy („Nareszcie sobie o mnie przypomnieli!”), listę oficerów ukaranych aresztem domowym i degradacją za grę w karty oraz pijaństwo, a także zapisek o treści: „ponadto dowódcy kompanii pobiorą w kwatermistrzostwie blaszane naczynia po 3 sztuki na kompanię do załatwiania potrzeb fizjologicznych w porze nocnej”... Jeden z dowódców kompanii, nie bacząc na datę wydania rozkazu, wysłał do kwatermistrzostwa żołnierza po owe „naczynia”. Tekst Maciej ZalewskiZdjęcia i pocztówki ze zbiorów Stefana Bakońskiego[...] Przepadł mi gdzieś zegarek po matce. Jaskrawy blask dawnych domów? Dzisiaj – blady cień, ukłucie w sercu. W sztuce tracenia łatwo dojść do wprawy. [...] Ludzie (z) gór Ścieżką pastora W październiku ub.r. („Sudety” 10/2009) opublikowaliśmy obok siebie dwa fragmenty jednej książki. Jednej, ale złożonej z dwóch – napisanych przez dwie autorki, Niemkę i Polkę, które lata dzieciństwa spędziły w tym samym domu. Ów dom, tytułowy „Dom pod lipą” w Opolnicy (d. Giersdorf), je połączył. Ojciec pierwszej autorki, Giseli Herrmann, był ostatnim niemieckim pastorem w Giersdorf. Gisela urodziła się w pastorówce – Domie pod Lipą i wyjechała stąd dwa lata po maturze, w styczniu 1945 r. Ojciec drugiej autorki, Barbary Dziewięckiej-Figiel, zakładał pierwszą powojenną szkołę w Opolnicy w 1956 r. Najpierw mieszkał w budynku szkolnym, a od 1959 r. po przeciwnej stronie drogi – w pastorówce. I to jedna z jego córek latem 1983 r., kiedy Gisela przyjechała w pierwszą podróż sentymentalną do krainy dzieciństwa, zaprosiła niespodziewanego gościa do środka. [...] Twoja własność obróciła się w obcą i zwraca się przeciw tobie. Nie przekraczaj progu! [...]
Na moment chyba Gisela pożałowała, że przekroczyła ten próg. Bo kiedy uprzejmie zauważyła, że starszy pan, który tak bardzo przypominał jej dziadka, mówi płynnie po niemiecku... ten powiedział, że „spędził” wojnę w Niemczech, a na dowód tego podwinął rękaw i pokazał wytatuowany na przedramieniu obozowy numer... „Odebrało nam mowę” – wspomina Gisela. Ale zaraz potem Bolesław Dziewięcki zaprosił ją na spacer do ogrodu, pokazał obejście. A później był domowy rosół, do którego trzeba było dolać wody, żeby starczyło dla wszystkich. To pomysł żony gospodarza, Kazimiery, która jeszcze wtedy nie potrafiła się przemóc i nie zasiadła z niemieckimi gośćmi do wspólnego posiłku, choć wcześniej to właśnie ona, widząc ich kręcących się wokół domu, powiedziała „Trzeba ich zaprosić”. Po obiedzie był jeszcze spełniony sokiem toast: „Nigdy więcej nienawiści między naszymi narodami. To zadanie zwłaszcza dla młodszej generacji. Za dalszą przyjaźń”. Górnolotnie? Może... wygłosiła go w końcu późniejsza profesor uniwersytetu (Ludmiła Dziewięcka-Bokuń), ale obu rodzinom udało się wypełnić to życzenie. Trzy pokolenia dość już dzisiaj rozrośniętych rodów znają się, przyjaźnią, odwiedzają... Oczywiście młodym przyszło to łatwiej, ale to pojednanie na szczeblu rodzinnym objęło nawet najgłębiej doświadczoną przez wojnę panią Kazimierę, a ta w dodatku nadała mu wymiar ekumeniczny. Do końca swoich dni, na każde Boże Narodzenie zamawiała w jednym z wrocławskich kościołów mszę w intencji rodziny Herrmannów. Ci zaś, na wiadomość o jej śmierci, uczynili to samo w kościele pw. św. św. Piotra i Pawła w Schweinfurcie. Luteranie, Gisela Herrmann wraz z mężem uczestniczyli w tym katolickim nabożeństwie. * Autorki podarowały Tadeuszowi Standio książkę z autografami [...] Sczerniały sadzą komin sterczy w pustkę dając znak: Tutaj ktoś był u siebie! [...]
Obie rodziny od kilku lat łączy fakt... nieposiadania Domu pod Lipą. Herrmannowie zostali wysiedleni, Dziewięccy rozjechali się po świecie i musieli dom sprzedać, by nie popadł w ruinę. Z sentymentu do tego maleńkiego miejsca na Ziemi – dwóch domów i kościoła przy „Ścieżce pastora” – powstała książka. Z okazji dorocznych Wrocławskich Promocji Dobrych Książek Gisela Herrmann wraz z siostrą Christel Blasius i dwojgiem najmłodszych dzieci Giselą Gademann i Ulrichem Herrmannem kolejny raz przyjechała do Wrocławia. Gisela Herrmann i Barbara Dziewięcka-Figiel były bohaterkami dwóch wieczorów promocyjnych 4 i 5 grudnia. We wrocławskim ratuszu spotkanie było serdeczne, ciekawe, a momentami bardzo wzruszające. Najciekawsze jednak czekało autorki nazajutrz – wizyta w Domu pod Lipą w Opolnicy i spotkanie z czytelnikami w Bardzie. * Ireneusz Standio pokazuje ocalałe meble Lipy nie ma, ale to wiadomo już od chyba dwudziestu lat – trzeba ją było wyciąć, spróchniała stanowiła zagrożenie dla domu. Nie ma też żywopłotu z bzów i jaśminowca. Ale dom stoi, odnowiony, pokryty nowym blaszanym dachem. – Zapraszam do środka – zachęca ojciec obecnych właścicieli, Tadeusz Standio. Jego dwaj synowie wykupili obie części domu, tę zamieszkaną kiedyś przez wdowę Schmidt i tę państwa Dziewięckich. * Tu była sypialnia rodziców – wspomina Gisela Na taki obrót sprawy nikt nie liczył. Zapowiadało się raczej, że byłe mieszkanki obejrzą dom z zewnątrz, a głównym punktem wycieczki będzie wizyta w kościele. Radości, wzruszeniom nie było końca. Przedwojenna jadalnia, w której na świat przyszła Gisela, po wojnie była salonem Dziewięckich – to był najważniejszy pokój dzienny, tu stało pianino. Dzisiaj zamiast pianina słychać czasem zza ściany klawisze Irka Standio. A te schody! Boże, te schody... Barbara siada na nich z synem Patrykiem. Oboje, każde w swoim dzieciństwie, tu się bawili. Dzisiaj obojgu zaszkliły się oczy... – Pamiętasz, w tym pokoiku obok salonu stało twoje łóżeczko. A na górze! – O, tu był pokój panien – śmieje się Barbara – to była sypialnia czterech sióstr Dziewięckich. W chwilę później ten sam pokój pokazuje swoim dzieciom Gisela: – To była sypialnia rodziców. W drugiej części domu zachowało się kilka mebli Herrmannów. Jest toaletka mamy i komoda, w której trzymała swoją wyprawę panieńską. * Ojciec otwierał kościół tym samym kluczem...
Kościelne drzwi Gisela otwiera tym samym kluczem, którym otwierał ojciec. Surowe wnętrze niewiele różni się od tego z przedwojennych fotografii, jednak trudno pozbyć się wrażenia, że jest po prostu zaniedbane. Z kompletu krzeseł dla nowożeńców stoi przy ambonie jedno, drugie potem znajdujemy na chórze, rozpada się. W oknach nie ma śladu po witrażach, są zwykłe szyby. – Opisuję w swojej książce, jak je rozbijaliśmy kamieniami jako dzieci, aż do czasu, kiedy matka nam nie uświadomiła, że źle robimy, i nie kazał przekonać o tym pozostałych dzieci. No cóż, albo zrobiła to za późno, albo dzieła dopełniły następne roczniki opolnickich dzieci. Stare niewielkie organy są sprawne. Odnowił je Ireneusz Standio pod kierunkiem Pawła Pawlika, organisty z pstrążańskiej parafii kalwińskiej. Na lewo od ołtarza stoi rozsypująca się fisharmonia. Ulrich zasiada do instrumentu, Gisela, córka zaczyna śpiewać... po kilku taktach oczy zalewają łzy, głos więźnie w gardle. * Po kilku taktach wilgotnieją oczy, głos więźnie w gardle [...] pęknięte kamienie Imię za imieniem wygasa [...]
Na cmentarzu w Górnej Wsi imiona wygasły prawie wszystkie. Nawet te, których nie dało się stłuc, których nie przeżarła rdza – bo wykute w kamieniu – są już prawie nieczytelne. W 1983 r. Gisela z trudem znalazła grób dziadka i ojca. Bolesław Dziewięcki zadbał później o tę mogiłę, zapalał na Wszystkich Świętych znicze. „Modlitwa za zmarłych, za każdym razem, gdy mijam cmentarz, to zresztą mój zwyczaj. W wieczności przecież nie ma żadnych różnic pomiędzy nacjami i wyznaniami” – powiedział Giseli. Pastor Herrmann pewnie by się z nim z godził i nie miałby pretensji o tę kilkutygodniową różnicę między katolickimi Zaduszkami a luterańską Niedzielą Wieczności. Na cmentarzu zabawiamy krótko, spieszymy do Barda. W zajeździe Złoty Róg wraz z menu wjeżdża na stół plik Heimatzeitschriften i księga pamiątkowa. A w niej, no cóż – istna kronika towarzyska! Gisela i Christel odnajdują wpisy starych znajomych rozsianych teraz po całych Niemczech; o tym, gdzie ich pognało, dowiadują się czasem dopiero tutaj. W bardeckim ośrodku kultury ludno i gorąco. Przyszli także niektórzy bohaterowie polskiej części książki napisanej przez Barbarę Dziewięcką-Figiel. To ona jest główną bohaterką wieczoru, szczęśliwa, bo otacza ją grono przyjaciół. Jest wśród swoich, przyjechała także z Warszawy jej siostra Małgorzata, ta, którą bezustannie gna coś po świecie. Autorki obdarowane są mnóstwem kwiatów, prezentów, jest toast, odczytany jest list od burmistrza, panie z zespołu śpiewaczego zaczynają kolędowanie, włącza się Gisela z rodziną. W końcu Cichą noc możemy zaśpiewać na dwa głosy – polski i niemiecki. Chyba też jest szczęśliwa... Na tym spotkaniu publiczność Giselę najwyraźniej oszczędza. Mało kto zdążył przeczytać książkę, niewiele wiadomo o jej niemieckiej autorce, nie wiadomo jeszcze, o co trzeba ją „dopytać”. Ale nie mogło nie paść ważne pytanie, jak znalazła dzisiaj swój rodzinny dom, co czuła. Powtórzyła właściwie słowa, które padły dzień wcześniej w Sali Wójtowskiej wrocławskiego ratusza i które zanotowała dziennikarka wrocławskiej „Gazety Wyborczej” Magda Piekarska. – Ze swoim rodzinnym domem pożegnałam się kilkadziesiąt lat temu. Żyję gdzie indziej, mój Heimat jest teraz gdzie indziej. Mam swoje wspomnienia, ale to nie jest już m ó j dom. Przyjechałam tym razem na promocję książki i po to, by przy okazji pokazać ten dom moim młodszym dzieciom, które go jeszcze nie widziały. Musimy uczyć się żegnać z tym, co posiadamy. Codziennie się z czymś żegnamy. Tekst i zdjęcia Maciej Zalewski Wykorzystałem: jako motto – fragment wiersza „Ta jedna sztuka” Elizabeth Bishop, śródtytuły – fragmenty wierszy „Dom” i „Cmentarz” Moniki Taubitz G. Herrmann, B. Dziewięcka-Figiel, Dom pod lipą. Das Haus unter der Linde, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2009, s. 206 i il., 155 x 220, opr. miękka. Dostępna w dobrych księgarniach i na www.atut.ig.pl |
|