Strona główna » Pod naszym patronatem » Przejscie Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej użytkownik: gość
Towarzystwo Dolnośląskie SUDETY
  Statut
  Kontakt
Redakcja
  Prenumerata i sprzedaż
  Reklama w SUDETACH
  Wydawca miesięcznika
  Kontakt
Bibliografia zawartości
Aktualny numer miesięcznika
  Księstwo opawskie
  Zimowa panorama ze Śnieżnika
  Chmura niejedno ma imię
Stałe rubryki
  Kalendaria
  Sudeckie legendy
  Na starej pocztówce
  Nasz tomik poetycki
  Sudeckie rezydencje
  Krótko
  Zamki sudeckie
  Z geomorfologii Sudetów
  Ludzie (z) gór
  Rezerwaty przyrody Sudetów
Pod naszym patronatem
  Przejscie Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
Fototygodnik z Międzygórza i okolic
Mapa serwisu
  Linki

 * Remigiusz Sobolewski  na trasie przez Góry Izerskie


Pod naszym patronatem

VI Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza

44 proc. skuteczności


– Dlaczego tak dużo ludzi startuje w waszej imprezie?
– Nie wiem. Nie mam pojęcia, skąd się bierze tylu chętnych…
Taką odpowiedź dostał redaktor Andrzej Szpak od jednego z organizatorów imprezy. To oddaje zdziwienie Grupy Karkonoskiej GOPR liczbą chętnych, którzy chcą brać udział w tej ciekawej próbie. Z roku na rok zainteresowanie imprezą rośnie: 2004 – 3 osoby, 2005 – 5, 2006 – 21, 2007 – 119, 2008 – 161, 2009 – 232. Od skromnej wycieczki trójki kolegów, ratowników z Grupy Karkonoskiej, do wielkiej, międzynarodowej imprezy minęło zaledwie sześć lat. Czego się spodziewać w przyszłości?
Rekrutacja zaczęła się w połowie czerwca. W ciągu pierwszych dwóch godzin zapisało się 80 osób, a trzeba dodać, że były to godziny w samym środku nocy. Pierwsza tura zapisów zakończyła się w niecałe dwa dni. Na drugą rekrutację ludzie wręcz polowali. Trwał wyścig o to, by móc przez 48 godzin sprawdzać swój organizm i niszczyć swoje własne nogi…

 * Na trasie pierwsze małżeństwo, które ukończyło Przejście, państwo Rudniccy  z Krotoszyna

W końcu tych 250 szczęśliwców dostało się na listę startową i w piątek 18 września już od wczesnego popołudnia zaczęła przybywać pod dolną stację wyciągu w Szklarskiej Porębie fala uczestników. Impreza się rozrasta i było to widać w tym roku. Wielki namiot GOPR-u, namioty innych sponsorów, znajdujący się przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego w Szklarskiej Porębie Szałas Żywiecki, wiele aut i sztab ludzi. Tak wyglądała organizacja Przejścia w tym roku. I pomyśleć, że ledwie trzy lata temu – w 2006 r. – cała organizacja w trakcie trwania Przejścia to był jeden samochód i… jeden człowiek! W tym roku wszystko było większe, mocniejsze, liczniejsze i sprawniejsze, ale inaczej być nie mogło, gdyż zapanowanie nad 250-osobowym tłumem oraz zapewnienie bezpieczeństwa w górach nie należy do łatwych zadań!
Jednym z najciekawszych przeżyć jest widok tych wszystkich startujących, kiedy tuż po 20.00 wyruszają jeden za drugim na trasę. Wygląda to tak, jakby niekończący się ciąg światełek zmierzał w stronę jakiegoś nieokreślonego celu w ciemnościach. Często w milczeniu, niektórzy samotnie, niektórzy w parach, inni jeszcze w grupkach. Podobny widok jest w środku nocy z najwyższego szczytu Karkonoszy. Patrząc ze Śnieżki przez czarny szlak i Równię pod Śnieżką w stronę Słonecznika i Smogorni, widać właśnie tylko i wyłącznie światełka. Szybsze i wolniejsze, pojedyncze i zgrupowane, bliższe i dalsze, ale nieskończone, napływające skądś i odpływające gdzieś w dal.

 * Miłość psa jest doprawdy bezwarunkowa, pierwszy pies – Czarek, który całą próbę towarzyszył swojemu panu

Już na początku wyłoniła się grupa, która chciała złamać magiczną barierę 24 godzin. Za nimi szli ci wszyscy, którzy chcieli szybko przejść Karkonosze. Natomiast ci, którzy planowali w pełni wykorzystać 48 godzin, szli swoim tempem i wykorzystywali wszelkie dobrodziejstwa, jakie dają górskie schroniska. Pod tym względem rok 2009 był wyjątkowy. Wszystkie schroniska na trasie w pełni zasłużyły na miano „górskich”. Hala Szrenicka witała tych, którzy po pierwszym podejściu zdecydują się na ciepłą herbatkę. Przy Odrodzeniu na uczestników czekała grupka kibiców ze schroniska, którzy wystawili wodę do picia, wspierali idących głośnym dopingiem oraz zapraszali na ciepłe posiłki i napoje do schroniska. W Domu Śląskim czekała na uczestników darmowa herbatka oraz bar wydający ciepłe zupy czy bigos. Na Śnieżce także otwarty bar zachęcał tych, którzy właśnie tu zdecydowali się odpoczywać. Na koniec Karkonoszy zapraszały uczestników otwarte drzwi w Schronisku na Przełęczy Okraj. Wielkie podziękowania i brawa dla właścicieli schronisk za to, że w środku nocy czekali na strudzonych i zmęczonych Karkonoszami uczestników Przejścia.
W tym roku wyjątkowo dopisała pogoda. Cały weekend karty rozdawał wyż. Oznaczało to bezchmurne niebo, wysokie temperatury w dzień, ale i mocne spadki w nocy oraz poranną, bardzo dokuczliwą rosę. Nie było to jednak porównywalne z zeszłorocznym huraganowym wiatrem oraz marznącym deszczem w Karkonoszach czy z mżawką, która towarzyszyła wędrowcom przez cały drugi dzień tamtej edycji. Dobra pogoda spowodowała znaczne zwiększenie szans uczestników na ukończenie próby.

 * W czasie 28 godzin 20 minut ukończyła Przejście najszybsza przedstawicielka płci pięknej, Sabina Giełzak. Na zdjęciu Sabina na trasie w Górach Kaczawskich i smakująca zwycięstwo (oraz herbatkę Lipton) na mecie

Ale mimo sprzyjającej pogody, mimo doświadczenia niektórych uczestników, nie udało się nikomu ukończyć Przejścia w czasie krótszym niż doba. Można jednak powiedzieć, że padł nieoficjalny rekord. Najszybszy uczestnik zameldował się na mecie po 25 godzinach i 20 minutach, to o 1.40 mniej niż zeszłoroczny najlepszy czas. Tym uczestnikiem był Mirosław Kot z Warszawy (czytaj tekst na str. 8). Natomiast w czasie 28 godzin 20 minut ukończyła Przejście najszybsza przedstawicielka płci pięknej, Sabina Giełzak, z miejscowości Wódka. Wielkie brawa dla tej niezwykle twardej Damy.
W tym roku Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej ukończyła rekordowa liczba 95 osób, w tym 11 kobiet, co także jest rekordem. Próbę podjęły 232 osoby, tak więc w końcu, po sześciu latach istnienia imprezy, została złamana bariera 33% skuteczności. W tym roku udało się ponad 40% uczestników zamknąć tę magiczną, górską pętlę.

 * Od trzech lat bezapelacyjnie najbardziej malowniczą grupą uczestników Przejścia są przedstawiciele zagłębia miedziowego (na zdjęciu pierwsza dwójka). Humory im zawsze dopisują, a i kondycji wielu mogłoby pozazdrościć – na 100. kilometrze potrafią jeszcze zaśpiewać chóralnie na powitanie fotoreportera

A po co to wszystko? W 2004 r., w pierwszej trójce, która wymyśliła trasę i jako pierwsza się z nią zmagała, był Daniel Ważyński. Wtedy nikomu się nie udało, ale cała trójka obiecała sobie, że za rok, w podobnym terminie spróbuje jeszcze raz. Niestety tragiczna śmierć Daniela wraz z Mateuszem Hryncewiczem w lawinie śnieżnej 8 lutego 2005 r. odebrała tę szansę jednemu z inicjatorów i pomysłodawców próby. Ale pozostali dwaj koledzy z pierwszego przejścia oraz trzech debiutantów z Grupy Karkonoskiej GOPR stawiło się przy Marysieńce w pewien jesienny wieczór, w rok po pierwszej próbie. Dwóch z nich zamknęło tę arcytrudną górską pętlę i dokończyło niespełnione marzenie Daniela. I wtedy też zostało postanowione, że tak będzie co roku. W ten sposób narodziła się impreza, której popularność przekroczyła już granicę Polski.

*  Trzy razy Przejście zaliczyło już sześć osób. Do Mateusza Dejnarowicza (brak go na zdjęciu, w tym roku zasilił szeregi organizatorów) dołączyli następni: na skrzydłach miedziowcy – na lewym Mirosław Bawolski, na prawym Waldemar Kraśkiewicz, w środku Maciek Kalisz i Gosia Tofiluk. Na zdjęciu brak także Mirka Wiry – w tym czasie odpoczywał już w domu

Życzymy wszystkim uczestnikom, sponsorom, Grupie Karkonoskiej GOPR oraz wszystkim, którzy w jakimś stopniu przyczynili się do sukcesu tej wspaniałej imprezy, żeby co roku spotykali się pod dolną stacją wyciągu krzesełkowego w Szklarskiej Porębie na starcie i mecie Przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej im. Daniela Ważyńskego i Mateusza Hryncewicza.
Tekst Maciej Koziński
Zdjęcia Maciej Zalewski



*  Na moście przed Perłą Zachodu wiadomo już było, że Mirek prowadzi i ma szansę na rekord trasy. Fot. Klementyna Kot

Bo trochę mu się spieszy

– Siedzimy sobie właśnie na mecie, a tato wygrał... – syn rozmawia z kimś przez komórkę.
– Tu się nie wygrywa – protestuje ojciec. – Tu chodzi o to, żeby przejść! No, ale... ktoś musi być pierwszy, niestety.
– Niestety?
– No, ktoś, komu się na przykład bardziej spieszy.

Kiedy niewiele ponad dobę przedtem na starcie-mecie pod stacją wyciągu spacerowali całą rodzinką, nikt na nich praktycznie nie zwracał uwagi. W kolorowym tłumie oczy zatrzymują się na najbardziej malowniczych ekipach: górnikach z zagłębia miedziowego, grupie z podwrocławskiej Czernicy czy chłopakach „mocno profi” w dresach reprezentacji (?) Polski. A tu co mamy? Polska rodzinka, model 2+1, raczej inteligencka – wyglądają na takich, co to się tu zaplątali przypadkiem.
O tym, co drzemie w tym niepozornym warszawiaku, dowiedzieliśmy się już po kilku godzinach, kiedy wysforował się na czoło.
– Właściwie to miałem się oszczędzać i zacząć powoli, ale cały czas kogoś wyprzedzałem – opowie później Mirosław Kot na mecie. – Od grupy dopingujących na Przełęczy Karkonoskiej dowiedziałem się, że jestem czwarty. No, to mnie zaskoczyło, faktycznie warunki były dobre, kamienie suche, można było biec. Stwierdziłem, że skoro jestem czwarty, to raczej przesadziłem z tempem i trzeba zwolnić. I zwolniłem. Tylko kiedy doszedłem do Śląskiego Domu, dwie z wyprzedzających mnie osób zaszły do schroniska na herbatkę, i na Przełęczy Okraj byłem już drugi z dziesięcioma minutami straty. Więc sobie tak niespiesznie szedłem dalej, bo nie chciałem tego gościa wyprzedzać. Ale on się gdzieś zgubił i na następnym punkcie kontrolnym byłem już pierwszy.
Okazało się więc, że ten inteligencik o posturze Kieślowskiego jest ostrym zawodnikiem.

*  Na starcie wyglądali niewinnie  – ot, polska rodzinka, model  2+1, chyba zaplątali się tu przypadkiem...

– Mąż robi to najzupełniej amatorsko – opowiada Klementyna Kot, kiedy czekamy w namiocie Żywca na planowany rekord: doba na zaliczenie całej trasy Przejścia. – Lubi chodzić po górach, a raczej biegać, w tym roku przebiegł Rzeźnika i Kierat. Ponieważ nie lubi powtarzać tej samej trasy, przyjechał na Przejście. Sądzę, że drugi raz tu nie zawita, w przyszłym sezonie jego celem jest ukończenie biegu w Alpach – Ultra Trail du Mont Blanc. Nie należy też do ludzi, którzy siedzą w jednym miejscu i wychodzą na jakieś pętelki. Jak już idzie w góry, to od schroniska do schroniska. Taki to już typ. Nie wiedział nawet, czy przejdzie, ponieważ ma akurat problemy ze stopą, ale wyznaczył sobie taki cel – zrobić trasę Przejścia w czasie krótszym niż doba – i chyba go dzisiaj zrealizuje. To taka walka z samym sobą, i tyle – nic więcej.
Mirosław Kot jest automatykiem. W czasach pierwszej młodości, bo – jak twierdzi – od jakiegoś czasu jest już tylko coraz młodszy, biegał na orientację. Później nastąpiły lata stabilizacji, przybyło kilogramów... Jakieś osiem lat temu oboje z żoną przeżyli moment życiowego przewartościowania, ona zajęła się ceramiką, on postanowił biegać. Wybiegł więc z domu i... dotarł do rogu ulicy. Nie można ot tak sobie nagle wrócić do ostrego wysiłku.
Stopniowo jednak się rozbiegał, zaczął startować w maratonach, ale te wkrótce go znudziły. Nie miał rewelacyjnych wyników, więc postanowił, że kiedy „złamie” 4 godziny, przestanie biegać. Zrobił 3,59 i porzucił maratony.
Zainteresował się biegami długimi, kilka lat temu wystartował po raz pierwszy w Sudeckiej Setce, Kieracie, i tak to trwa do dzisiaj. – Widocznie taka osobowość, musi napierać – tłumaczy sobie Klementyna Kot. – Syn, wzorując się na ojcu, zaczął biegać długie dystanse, głównie 10 km. Razem jeżdżą na rowerach i na podjazdach syn już pokonuje ojca.

 * Na mecie – już wszystko jasne: rekord trasy jest, ale nie udało się pokonanie w czasie krótszym niż doba

Z meldunków punktów kontrolnych dowiadywaliśmy się, że Mirek na trasie nie traci czasu. Przychodzi na punkt o godzinie x, wychodzi o godzinie x + 40 sek. Zdarza mu się zresztą docierać na punkt, zanim zjawi się tam ekipa organizatorów, na punkcie żywieniowym był na dwie godziny przed dostawą sławetnego makaronu („to nie ma sensu, osoby idące w takim tempie nie będą na trasie jadły”).
Dla rodziny także nie zrobił wyjątku, kiedy spotkali się na 90. kilometrze przy Perle Zachodu, był czas na pamiątkowe zdjęcie na mostku i tyle go widzieli. Dobrze, że przyjechali tu na dwie godziny przed wyznaczonym czasem, bo i tego by nie było. Wszystko zapowiadało, że Mirek złamie ubiegłoroczny rekord Przejścia i ustanowi nowy poniżej doby.
Na mecie w namiocie Żywca żona i syn czekali na niego już od godziny 17, skracali sobie czas grą w karty. Niestety, godzina 20 się zbliżała, a jego nie było, nie odpowiadała też jego komórka. Nie niepokoiło to jeszcze nikogo, bo przecież na całej trasie miał wyłączony telefon, a na ostatnim punkcie kontrolnym meldował się cały i zdrowy. Ale zbliżała się godzina 20 i próba pokonania Przejścia poniżej 24 godzin wyglądała już na nieudaną...
Złamanie 24 godzin nie wyszło. Mirosław Kot zameldował się na mecie z czasem 25 godzin 20 minut, ustanawiając nowy rekord trasy.
– Czekamy na ciebie już od 17, wszyscy tu czekamy...

– Można było złamać te 24 godziny, ale miałem kryzys na 110. kilometrze. Z własnej winy, bo po pierwsze, powinienem w pewnym momencie przejść z wody na izotonik. Po drugie, za ciepło się ubrałem na to słoneczko. Z dziesięć minut trwał ostry kryzys, wystąpiły jakieś tendencje do utraty przytomności, objawy klasycznego udaru cieplnego. Kiedy pije się cały czas czystą wodę bez minerałów, w końcu zanika zjawisko chłodzenia organizmu przez pocenie się, bo człowiek w ogóle się nie poci. No cóż – położyłem się, zmoczyłem ubranie, zaaplikowałem sobie izotonik i najgorsze minęło. Ale później już się szło zdecydowanie wolniej. Rajd był bardzo dobrze zorganizowany, pogoda dopisała.  Pokonałbym kiedyś tę trasę raz jeszcze, ale powoli, z plecakiem i namiotem.                               
Tekst i zdjęcia Maciej Zalewski


Aktualne informacje na temat Przejścia:
http://przejsciekotliny.org/


Biuletyn przygotowuje
zespół redakcyjny
Miesięcznika "SUDETY"
Kościuszki 51a, 50-011 Wrocław
tel. 71 342 20 57 w. 413, fax. 71 341 32 04
sudety@sudety.ig.pl
licznik: 0 odwiedzin